5.09. Piątek – wschód słońca na rzeką Stori.
Wczorajsza noc po karkołomnym zjeździe z Omalo minęła nam spokojnie.

Raniutko kąpiemy się w rzece. Płynie wartko z gór, woda zimna, ale sprawia wrażenie czystej. Dzisiaj planujemy dojechać do Waszlowani. Jedzie z nami załoga z Patrola.

Do celu mamy około 100 km. Poruszamy się w regionie Kachetia, wygodną asfaltową drogą. Mijamy miasto za miastem. Winnicę za winicą. Można śmiało powiedzieć nudy.

W mieście Dedoplistskaro odwiedzamy centrum turystyczne. To pierwszy do zaliczenia obowiązkowy punkt przed wjazdem na pustynne tereny Waszlowni. Zostajemy starannie obsłużeni. W języku rosyjskim dostaliśmy full informaji. Jak się poruszać po parku, co bezwzględnie zabrać ze sobą, czego unikać. Zgrywamy proponowane trasy.

Kupujemy jeden wspólny bilet dla dwóch załóg na dwie noce, trzy dni. Po opuszczeniu centrum turystycznego szukamy kranu z wodą żeby uzupełnić jej zapasy. Był na rogu ulicy i dopiero przy tym kranie, gdzie zaopatruje się w wodę pół miasteczka zrozumiałam że jest to tutaj towar deficytowy. W centrum miasteczka robimy zakupy,

Jest też bazarek i restauracja żywcem przeniesiona z lat sowieckich. Gwóżdź programu to uzyskanie pozwolenia na wjazd do parku od pograniczników. Jedziemy na posteruenk policji. Tutaj również zostajemy szybko i bezboleśnie obsłużeni. Dostajemy przepustkę jedną na dwa samochody.

GS został “komandirem” naszej wspólnej wyprawy 🙂 Na buchankę wystawione zostało pozwolenie wjazdu. Tankujemy jeszcze paliwo, gaz i benzynę.

I możemy ruszyć do Parku Narodowego Waszlowani. Obszar ten charakteryzuje się suchym, półpustynnym klimatem, przez co jest prawie w ogóle niezamieszkany.

Na początku jest jeszcze jakaś droga, dziurawa ale jest. Mijamy pola częściowo zaorane, częściowo porośnięte suchą trawą.

Mijamy byle jak sklecone zabudowania gospodarskie. Wybraliśmy kierunek do jeziorka na rzece Lori tuż przy granicy z Azerbejdżanem. Prowadził Patrol, ale trochę sie pogubił. Droga skończyła się i był już tylko step, suche brązowe trawy, niewysokie górki. Wieczorem dojechaliśmy do zapory na rzece Lori.

Jezioro jest bardzo czyste i praktycznie niedostępne. Brzeg to luźne zsuwające się kamienie. Zaparkowaliśmy w miarę bezpiecznie trochę wyżej na kamieniach. Na początek kąpiel w jeziorku. Woda cieplutka i przeźroczysta. Słońce zachodzi i odbija się w nieruchomej tafli wody.

Później wspólna kolacja. Sporo wędkarzy siedziało na zaporze przez całą noc.

6.09. Sobota – wschód słońca nad zbiornikiem Lori.

Rano zaraz po przebudzeniu i po wschodzie słońca zaliczamy kąpiel w jeziorku i kawę. Właściwie to już mogłabym tutaj zostać. Ale GS nie odpuszcza i już się boję tej jego trasy. Nasi towarzysze nie świadomi co ich czeka z chęcią zaakceptowali przebieg trasy i punkty docelowe. Patrol musi się nas trzymać bo mamy jedno pozwolenie na poruszanie się po parku. My prowadzimy.

Ruszyliśmy wzdłuż rzeki Lori i granicy z Azerbejdżanem. Rrzeka Lori ma swoje źródło w Wielkim Kaukazie i płynie na długości 320 kilometrów do Azerbejdżanu, wśród jałowych terenów i rozległych stepów. Gęsty las porasta jej brzegi. Ten korytarz dzikiej przyrody zapewnia siedliska wielu ptakm. Tutaj, wśród pokrytych krzewami grzbietów i rozległych stepów, można spotkać rysia, wilka, niedźwiedzia brunatnego, gazelę perską, wszystkie są zależne od rzeki jako głównego źródła wody. O tych wszystkich zwierzętach z akcentem na żmije, opowiadała nam pani w informacji turystycznej, ale spotkanie ich graniczy z cudem. Po drodze mijaliśmy niezliczone ilości małych ptaszków, które funęły przed samochodem, zaobserwowaliśmy kolorowe żołny, stada przepiórek i ogromnego żółtego ptasiego drapieżnika.

Dojeżdżamy do pierwszego posterunku tuż przy granicy z Azerbejdżanem. Kontrola dokumentów. Jedziemy dalej. Rzeka Lori skręca do Azerbejdżanu, my kierujemy się na suchy, gorący step z jedną wyboistą drogą, poprzecinaną wysuszonymi kanałami. Co kikaset metrów mijamy opuszczone pasterskie gospodarstwa.

GS znalazł ogromną czaszkę konia. Zabieramy 🙂

Zatrzymaliśmy się na chwilę przerwy w jednym takim opuszczonym gospodarstwie.

Tylko wiatr hulał po niskich izbach.

Kojce dla zwierząt były opuszczone i porośnięte trawą. Jedziemy płaskowyżem. Wzniesienia do 400 m.n.p.m. mają przedziwne kształty, które wyrzeźbił wiatr i woda.

Dojeżdżamy do granicy ścisłego Parku Narodowego. Minęliśmy kolejny posterunek. Wjeżdżamy do wąskiego wijącego się wśród wzniesień kanionu.

Chwila postoju na punkcie widokowym z panoramą strzępiastych gór wokół.

Zjeżdżamy kanionem do najdalej wysuniętego punktu na wschód do rzeki Alzani. Rzeka jest gęsto porośnięta wysokimi drzewami, krzewami i trzcinami.

Znależliśmy tutaj coś w rodzaju miejsca postoju, kilka domków, miejsce na ognisko, wiaty. Grupa wędkarzy pozwala nam rozbić obozowisko.

Po drugiej stronie rzeki wysoki kamienisty brzeg i Azerbejdżan. Rezygnujemy z kąpieli w rzece i myjemy się w naszych zapasach wody. Przed nami upalna noc gdzieś na końcu świata, bardzo daleko od domu.

7.09.Niedziela – wschód słońca na brzegu rzeki Alzani. Dzisiejszy słoneczny poranek nie zapowiadał tego co spotkało nas w dalszej części dnia. Wstaliśmy jak zawsze o wschodzie słońca. kawa, śniadanie, pakowanie. I tak codziennie od ponad 20 dni podróży. Kiedy już spakowani praktycznie odjeżdżaliśmy.

Jeden z wędkarzy wpadł na genialny pomysł i podarował mi dwie żywe ryby prosto z rzeki. Musiałam jakoś ogarnąć temat smażenia. W końcu wyjechaliśmy. GS zaplanował drogę powrotną wzdłuż granicy z Azerbejdżanem i brzegiem rzeki Alzani. Nikt tamtędy nie jeździ. Spdziewam się, że będzie grubo.

Przez kolejne niekończące się godziny jedziemy

trudnymi podjazdami, zjazdami, kanionami, drogą wąską, wymagającą i ciężką.

Po drodze spotkaliśmy tylko dwa posterunki i nic, całkowite pustkowie. Żadnych ludzi, zwierząt. tylko suche kolczaste krzaki, sucha kolczasta trawa, kamienie, dziury na drodze.

No i w dole piękna dzika rzeka. Szeroka, nieprzejezdna. I bardzo dobrze bo przynajmniej nie było szans że przypadkowo wjedziemy do Azerbejdżanu.

W końcu trafilismy na pasące się w krzakach krowy. Jest nadzieja na jakąś osadę.

I rzeczywiście wjechaliśmy do typowego radzieckiego sioła, osady. Wszystko wokół tonie w śmieciach, błocie, odchodach zwierząt. Osbiście już na to nie zwracamy uwagi. Najważniejsze, że guntową drogą dojechaliśmy do asfaltu. Cały czas poruszamy się przy granicy i rzece, mijamy plantacje winogron.

Przez drogę maszerują żółwie. Zbieram je i odstawiam na pobocze. Wieczór się zbliża, a o noclegu w tej okolicy to możemy tylko pomażyć. Nie decydujemy się na skrót przez góry do miejscowości z informacją turystyczną. Jedziemy kawałek dalej i nareszcie jesteśmy w punkcie wyjścia do Parku Waszlowani w mieście Dedoplistskaro. Do miejsca noclegu mamy jeszcze kawałek, ale to już zupełnie inna historia.

Galeria

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.