1.09. Poniedziałek. Pozostawiamy Gori za sobą. Planujemy jeszcze dzisiaj dojechać do Gruzińskiej Drogi Wojennej.

Kierujemy się na wschód. Omijamy Tibilisi i wjeżdżamy na drogę E 117. No cóż szału nie ma. GDW to tylko dwa pasy ruchu. A to przecież droga tranzytowa prowadzącą do Rosji. Ruch na niej olbrzymi. Mijamy tir za tirem, ogromne cieżarówki, busy, autobusy, auta osobowe. Dojeżdżamy do zbiornika wodnego Zhinvali, Sowieci zbudowali tamę na rzece Aragvi, w celu zaopatrzenia w wodę Tibilisi. Rząd zdecydował, że wąwóz Aragvi bogaty w wodę lodowcową jest idealnym miejscem.

Miasto Zhinvali znajdowało się na skrzyżowaniu wielkich szlaków handlowych. Było bogate w twierdze, wieże i pałace. Niestety, protesty nie przeszkodziły radzieckiemu rządowi i przystąpili do zalewania terenu, grzebiąc pod 75 metrami wody setki lat historii.

Niekiedy gdy poziom wody opada, kościół, który kiedyś znajdował się na wzgórzu górującym nad miastem, wyłania się spod wody. Podobno na drugim brzegu zbiornika są miejsca na postój. No to jedziemy.

Zjeżdżamy z głównej drogi na coś przypominającego drogę i dojeżdżamy do mostku nad szeroką rzęką. Mostek okazał się lichy i wąski.

Ryzykujemy przejazd na styk, ale zjazd z mostku to już było przegięcie.

Konstrukcja podprta jakąś belką wisiała praktycznie w powietrzu. Tym razem udało nam się. Kawałek dalej znalazłam przy drodze turystyczną butlę gazową z palnikiem. Musiała komuś wypaść z auta. Jak zawsze wybór miejsca na nocleg to osobna historia, pełna emocji i fochów z mojej strony.

Parkujemy w cieniu drzewka w otoczeniu Gór Kaukazu. Gorąco jak diabli, wykąpać się na tą chwilę nie możemy bo brzeg okupują wędkarze. Weszliśmy mimo wszystko do turkusowej wody, ciepłej i czystej.

Robię małe pranie. Noc ciepła pełna świergotu świerszczy.

Na drugim brzegu stoi oświetlona forteca Ananuri. Forteca została zbudowana na przełomie w XVII wieku i nigdy nie była poważnie zniszczona, dzięki temu jej obecny stan jest taki jak 200 lat temu. Jemy kolację i oglądamy odbite w wodzie światła. Gdzieś tam wysoko tiry swoimi światłami omiatają GDW.

2.09. Wtorek – wschód słońca nad zbiornikiem.Dzień moich urudzin. GS pamiętał i przygotował symboliczny torcik.

Zbieramy wysuszone pranie ze sznurka, pakujemy buchankę.

Rybacy zajęli już swoje pozycje na brzegu.

Przywędrowały do nas psy zwabione zapachem śniadania. Chwila na kawę i plany na najbliższe godziny. Jesteśmy na GDW, to szlak łączący Rosję z Gruzją, Armenią i Azerbejdżanem. Wyjątkowo trudne warunki górskie czyniły przeprawę mozolną i niebezpieczną przejazd zajmował średnio około 60 dni. Modernizacja na większą skalę rozpoczęła się dopiero w latach 1811-1816, kiedy droga weszła administracyjnie pod nadzór drogowy Imperium Rosyjskiego. W tym czasie na trasie GDW powstało też 11 stacji, gdzie m.in. zapewniano bezpłatny nocleg, jak również funkcjonowała poczta. Przed nami do pokonania 165 km drogi do granicy z Rosją. No to jedziemy!!!

Pierwszy planowany przystanek robimy niedaleko Pasanauri. Na niewielkim parkingu z pamiątkami i budami z jedzeniem jest punkt widokowy gdzie obejrzeć można ciekawe zjawisko.

Rzeka Czarna Aragvia łączy się z Białą Aragvią i płyną one razem obok siebie. No nie wiem, może słońce nas oślepiało, ale niezbyt to płynięcie białych i czarnych wód obok siebie było widoczne.

Za to w świerkach ukryty był spory pomnik jeleni. Zawsze to jakaś atrakcja 🙂 Buchanka mknie, cały czas pod górę daje radę. Droga jest malownicza i ukrywa wiele niespodzianek.

Mijamy spływające z gór strumienie i zatrzymujemy się w Górnej Mletvi na niewielkim parkingu przy płycie pamiątkowej poświęconej Bolesławowi Statkowski. Z pochodzenia Polakowi. To dzięki niemu w 1861 r. powstała ponad 900-metrowa kaskada drogi wykutej w skale łącząca Mlety (Górną i Dolną) z Gudauri. Ten odcinek drogi stanowił jedno z największych osiągnięć inżynierii budowlanej XIX wieku. Buchanka trochę sie schłodziła. Zobaczymy czy jest gotowa do pokonania tej kaskady.

Mijamy nowoczesne górskie hotele, wyciągi narciarskie, małe turystyczne miejscowości.

Droga jest kręta i prowadzi ostro pod górę.

Mijamy ruskie kamazy i armeńskie tiry z gazem. Jadą jeden za drugim.

I nagle za kolejnym ostrym zakrętem odsłania się przed nami, ogromna betonowa konstrukcja. Zbudowana w 1983 r. w celu upamiętnienia traktatu gieorgijewskiego i przyjaźni między republikami ZSRR

Pomnik przyjaźni rosyjsko-gruzińskiej, ustawiony został na sporych rozmiarów platformie widokowej na wysokości ponad 2 300 metrów n.p.m., na malowniczym płaskowyżu w pobliżu przełęczy Jvari.

Wjechaliśmy na zastawiony quadami parking. Sam pomnik jest brzydki, nie porywa oryginalną rzeźbą.

Kolorowe ceramiczne mozaiki przedstawiające sceny z historii obu narodów przyklejono na betonowy półokrągły łuk o długości około 40 metrów, wsparty na filarach, które tworzą taras widokowy.

Miejsce to pełni jednocześnie funkcję punktu widokowego Gudauri wznoszącego się nad Czarcim Wąwozem. Jest to obowiązkowy punkt na trasie GDW dla każdego turysty.

Parkingi zapełnione marszrutkami, autokarami, motocyklami są piesi i rowerzyści. Wielki kolorowy i międzynarodowy tłum ludzi. Są motolotnie, quady, budy z jedzeniem, stoiska z pamiątkami.

Na szczycie Przełęczy Krzyżowej (Dżwari), na wysokości 2395 m n.p.m. Zrobiliśmy króciutki postój przed zjazdem z przełęczy.

Ciekawą konstrukcją przy drodze były toporne betonowe tunele, wąskie i ciemne. Przejeżdża się nimi w okresie zimy, gdy napada dużo śniegu. Na szczęście mamy lato.

Jedziemy w kierunku przejścia granicznego z Rosją. Po obu stronach drogi wysokie Góry Kaukazu. W dole rzeka Aragwia.

Mijamy ciągnący się przez wiele kilometrów, w kierunku Rosji konwój tirów. Policja pilnuje porządku. Tiry zajmują pół pasa naszego ruchu.

Dojeżdżamy do Wrót Kaukazu – Wąwozu Darialskiego z widokiem na dolinę rzeki Terek. Nie zatrzymujey się, bo wokół wszystko jest rozkopane,

Chińczycy budują drogę, tunele w górach, potężne maszyny kopią, wiercą. Im bliżej Rosji tym droga gorsza.

Mijamy kamazy, tiry,

rowerzystę.

Wjeżdżamy do ciemnego tunelu . Wyjazd na dziurawą droge i znowu tunel.

Już widzimy granicę i kompleks monastyrów Dariali To nowe monastyry wybudowane w latach 2005-2011 i nazwane na cześć Archaniołów Michała i Gabriela. Przy granicy spory ruch. Dojechaliśmy do punktu końcowego. Dalej bez wizy się nie da.

Zawracamy i tą samą koszmarną drogą przez stare tunele dojeżdżamy do
miasteczka Stepantsminda. Typowo turystycznej miejscowości. Same parkingi, busy i miejsca noclegowe.

Kręta asfaltowa droga prowadzi z samego miasteczka do świątyni na górze.

Cerkwia Cminda Sameba położona jest na wysokości 2 170 metrów n.p.m. Większość wybiera opcję pozostania auta na parkingu i wjechania na górę miejscowym busem. My się tak łatwo nie poddajemy 🙂 Wjeżdżamy bardzo krętą drogą piłujac wolno pod górę.

Na szczęście to tylko kawałeczek i już jesteśmy pod swiątynią, na parkingu witani wylewnie przez konie.

Widzimy Kazbek mierzący 5054 m n.p.m. jeden z najwyższych szczytów Wielkiego Kaukazu.

Do Cerkwi Cminda Sameba w Gergeti dochodzimy ścieżką przez łąkę.

Kościół ten jest częścią monastyru wzniesionego w XIV wieku. To główna atrakcja Gruzji. Nas trochę rozczarowała.

Kościół malutki zbudowany z kamienia był wprost oblepiony turystami.

Trwały w nim prace remontowe więc niewiele widzieliśmy.

Nie poczuliśmy wyjątkowości tego miejsca, odludzia, spokoju.

Na parkingu konie przeniosły swoją uwagę na koc i rozłożone na nim jedzenie. Biedne właścicielki koszyka piknikowego musiały salwować się ucieczką. Wracamy na dół na GDW. Wieczór się zbliża czas poszukać miejsca na nocleg. Pogoda zrobiła się lekko deszczowa.

W drodze powrotnej w miasteczku Sioni stanęliśmy przy pomniku upamiętniającym poległych w czasie II Wojny Światowej, Trwa jego remont. Decydujemy że noc spędzimy w Dolinnie Turso. Trochę tego nie przemśleliśmy. zdawało nam się, że to będzie spokojna, płaska droga doliną i gdzieś po drodze sobie przycupniemy na spanie. W rzeczywistości było troche inaczej.

Droga w kierunku doliny rozpoczyna się w miasteczku Almasiani. Tam skręciliśmy w stronę sprawiającej wrażenie opuszczonej wioski Kvemo Okrokana. Jadąc głównie po śladach innych samochodów płaskmi szerokim terenem dojechaliśmy do parkingu i do mostu nad rzeką. No i tutaj zaczał się offroad .

Za mostkiem skręciliśmy w lewo i wjechaliśmy na wąską drogę do wąwozu Kasari. Mijamy przemoczonych turystów idących na parking do busów. W dole płynie rwąca rzeka Terek.

Mijanie się w tych warunkach z innym autem to cud.

Wąwóz rozszerza się na przepiękną dolinę Truso.

Zaraz na początku doliny znajdują się pierwsze źródła mineralne, tzw trawertyny. My je jednak mijamy bo noc zbliża sie wielkimi krokami. Tuż obok po drugiej stronie rzeki za mostem widzimy spory rozjeżdżony błotny parking, na którym stoi sporo aut. Nie prkujemy tutaj, za dużo ludzi, jedziemy dalej.

Dojeżdżamy do opuszczonej wioski Ketrisi.

Tutejsze trawertyny są jeszcze większe i mają czerwony kolor. W wiosce w jakiejś wiacie przkrytej plandeką był sklep. O tej porze zamknięty.

Dalsza droga nie jest zalecana z uwagi na stacjonowanie w pobliżu wojsk i bliską granicę z Osetią Południową.

Zawracamy i zatrzymujemy się nad rzeką.

Przestaje padać, w czystym powietrzu widać te wszystkie bajeczne kolory doliny. w pobliżu wypływa pomarańczowe źródełko.

Turyści wędrują wzdłuż rzeki, a my na znalezionej kuchence gazowej robimy sobie obiad. Przyszły też psy i czekają na smakołyki. Tak, tutaj widzimy i czujemy piękno i dzikość Gruzji. Jesteśmy sami. W oddali widzimy światełko w chacie pasterzy.

Jeden pies czuwa przy buchance i odgania od nas wszystkich, wracających na koniach, pieszo i autami. Opuszczają dolinę, zostajemy tylko my i pasterze no i ten pies.

3.09. Środa- wschód słońca w Dolinie Turso.

O świcie pasterze na koniach pędzą krowy na pastwiska Jeszcze mamy chwilę spokoju, turyści przyjadą busikami trochę później.

Powoli wyjeżdżamy z doliny mijając źródła wód mineralnych, z których wypływają trawertyny o charakterystycznym, różnokolorowym zabarwieniu.

Z niektórych źródeł wydobywa się woda o zapachu siarki. Udło nam sie przejechać dolinę bez mijania po drodze marszrutek z turystami .

Spotykamy za to dwie buchanki z wypożyczalni w Tbilisi

Wzdłuż rzeki dojeżdżamy prosto na GDW.

Tankujemy gaz do busika, dzisiaj chcemy dostać się na drogę do Omalo. Pogoda jest słoneczna, jedzie się bardzo przyjemnie.

Na chwilę zatrzymujemy się na poboczu i biegniemy na drugą stronę obejrzeć Monument Trzystu Aragwian, a dokładnie pomnik poświęcony oddziałowi górali z Doliny Aragwi, którzy polegli broniąc Tbilisi w ostatniej walce podczas bitwy pod Krtsanisi. Bitwa miała miejsce we wrześniu 1795 r. Gruzini przegrali, a Tbilisi zostało całkowicie zniszczone przez zwycięskich Persów. Pomnik, który obejmuje również obelisk, wieczny ogień i ścianę pamięci (dodaną w 1969 r. ) znajduje się w pobliżu miejsca, w którym odkryto szczątki niektórych osób zabitych w bitwie. .

Pomnik z daleka nie zachęca do zatrzymania się. Sprawia wrażenia jakiejś opuszczonej budowli.

Za to z bliska jest niesamowity Wysoko do nieba sięgają postacie wojowników z pikami.

Wewnątrz pod sufitem umieszczone sa 4 postacie mężczyzn.

Wokół postacie kobiet.

Pali się ogień są też złożone ofiary.

Pomnik stoi w pobliżu zapory zbiornika wodnego Zhinvali

Tutaj zaczęliśmy i tutaj kończymy naszą przygodę z Gruzińską Drogą Wojenną. Przed nami droga do Omalo. Ale to już osobna historia.

Galeria



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.