28.08.Czwartek. Ostatnie spojżenie na Mestię. Górską krętą drogą, już asfaltową, jedziemy do Ushguli.

Powoli wspinamy się do pierwszego punktu widokowego. Przełęcz Ughviri 2300 m.n.p.m. Była ważną trasą handlową łączącą Svaneti z resztą Gruzji. Dzisiaj to obłożony autami, rowerami, motocyklami szlak turystyczny.

Wokół wysokie ośnieżone szczyty, lodowce, z których spływają strumienie. W dole wioski zanurzone w zieleni.

W połowie drogi z Mestii do Ushguli, zatrzymujemy się przy Baszcie Miłości. Stoi samotnie na wielkim głazie, przy rzece Enguri. Legenda głosi, że na głazie tkwiącym pod basztą spotykali się kiedyś kochankowie. Pewnego dnia chłopak wybrał się na polowanie i zginął. Dziewczyna nie uwierzyła w jego śmierć. Przyrzekła, że nie wyjdzie za mąż i będzie czekać na szczęśliwy powrót lubego. Przez lata, każdego dnia, wypatrywała go z tego kamienia – bezskutecznie. W końcu rodzina zlitowała się i zbudowała basztę, w której nieszczęśnica mogła się schronić.

Ushguli położona jest nad rzeką w dolinie, powyżej po prawej stronie mijamy pobliskie ruiny zamku królowej Tamar. Dalej stoi restauracja i hotel.

Nagle przed nami, na tle błękitnego nieba, odsłania się ośnieżony szczyt Ushuguli Szchara , najwyższy szczyt Gruzji i trzeci co do wysokości szczyt Kaukazu, mierzy 5193 m n.p.m. Takiego widoku się nie spodziewaliśmy. Wygląda jak jakaś makieta.

Parkujem w malńkim ogródku przy knajpce obok kamperów Francuza i Gruzina. Warunki na tym “cempingu” spartańskie zero socjalu, należy tylko zjeść posiłek w knajpce w ramach opłaty za ogrodzony teren, kran z wodą i sławojkę.

Zamawiamy dwie chaczapuri bardzo sycące danie, które zrobione jest z ciasta jak na pizzę z dodatkiem serów. Ale to wszystko nic.

Nic nie przebije widoku z buchanki na ośnieżony szczyt. Powoli zachodzi słońce. Biegniemy w dół do wioski zrobić kilka zdjęć.

Wioska położona jest na wysokości około 2100 m.n.p.m, Jest jednym z najstarszych i najlepiej zachowanych kompleksów wsi w regionie Swanetii. Jej historia sięga średniowiecza, a wiele z tradycyjnych wież obronnych, które dominują w krajobrazie, pochodzi z tego okresu.

Kamienne wieże, zwane „Swans”, pełniły funkcję obronną przed najazdami. Idziemy bardzo wąską kamienną drogą pomiędzy wieżami, podwórkami i budynkami mieszkalnymi. Wszystko wokół dosyć ponure, klaustrofobiczne i ciemne.

Mijamy małe podwórka, na których bawią się umorusane dzieci. Jest późny wieczór.

Czas udoju. Krowy schodzą z pastwisk i ledwie na tej dróżce się z nimi mijamy. Nie wyobrażam sobie jak tutaj żyją ludzie. Pomijam, media, kanalizację, wodociągi, ale jest tak gęsta zabudowa i do tego te wysokie wieże rzucajace ponure cienie. Brak kwiatów, drzew, krzewów. A wokół tej niezwykłej wioski wznoszą sie bajeczne szczyty, alpejskie łąki z kolorowymi kwiatami, na których pasą sie krowy i konie. Setki turystów wieczorami baluje w knajpkach.

Dla nas to niezwykła atrakcja przechadzać się po średniowiecznej wiosce praktycznie zatrzymanej w czasie i pstrykać zdjęcia. Dla mieszkańców Ushgulli to życie w bardzo ciężkich warunkach.

Zrobiło sie ciemno. Wracamy na skróty obok cmentarza i kościoła do buchanki, niektóre krowy zostały na pastwisku.

29.08.Piątek. – wschód słońca u stóp kaukaskich pięciotysięczników

Noc minęła w miarę spokojnie. Ryczały tylko krowy, konie rżały i psy szczekały. Dzisiaj w planie kolejny lodowiec. Lodowiec góry Szchara.

Jeszcze krótka sesja fotograficzna. Wszyscy tutaj robią foty no to i my 🙂

Jedziemy szutrową drogą płaską doliną, wzdłuż rzeki Enguri. Jest bardzo wcześnie, a już w stronę lodowca wyruszyły konne wycieczki, marszrutki i wszelkie inne pojazdy terenowe. Po przejechaniu około 8 km zatrzymaliśmy się na parkingu przed lodowcem. Dalej się nie pojedzie, a szkoda bo jest strasznie gorąco.

Zmiana butów i w drogę 🙂

Trasa piesza nie była trudna, ale gorąc i wysokość 2560m.n.p.m. robiły swoje. Dyszałam jak parowóz.

Do tego szlak prowadził przez plantację barszczy sosnowskiego, tych parzących.

Nie poddałam się i doszłam do jęzora lodowca. Ten był trochę jakby mniej brudny 🙂

W nagrodę czekała na mnie mała uczta pod lodowcem. GS zabrał ciasteczka i zimną colę 🙂

Przyglądamy się odwiecznej walce żywiołów wody, słońca, lodu i skał. Majestatyczny szczyt Kaukazu zawieszony w chmurach przygląda się tej z góry straconej walce.

Wracamy. Droga powrotna na parking do buchanki minęła nam bardzo szybko.

Spotakaliśmy rodzinę z Polski, która podróżowła własnym autem. To tutaj rzadkość.

Większość podróznych wynajmuje auta od miejscowych.

Z Ushuguli kierujemy się na przełęcz Zagaro – 2623m n.p.m. najwyższy punkt całej pętli Swanetii. Intensywny błękit nieba, białe ostre szczyty, poniżej zielone obłe góry i gdzieś w dole przy rzekach maleńkie wioski. Stoimy przy buchance i nie wierzymy, że tutaj dotarliśmy. Jestej piękniej niż w jakichkolwiek opisach.

Na łakach trwa zbiór siana.Tutaj akurat prosto do buchanki. Zatrzymaliśmy się na postoju z kranem z wodą, uzupełniamy jej zapasy. Jeszcze raz patrzymy na lodowce i wpływajacą z nich rzekę. Obok nas stanęli Polacy w wynajętym aucie.

Zbliża się wieczór czas na odpoczynek i rozbicie naszego skromnego obozowiska. Znaleźliśmy miejsce nad rzeką Koruldashi. Zimną rwącą wypływająca z lodowca, wody jej są czyste i błękitne. Kawałek dalej łączy się z drugą rzeką, której wody są ciemne i mętne. Rezygnujemy z kąpieli. Po rzece krecą się rybacy, Coś wybierają spod kamieni. Nieco później podjechało do nas auto terenowe, które zmyliła nawigacja. Ha! nie tylko my obrywamy od nawigacji 🙂 Po kolacji idziemy spać.

30.08 Sobota wschód słońca nad rzeką Koruldashi.

Ranek chłodny dzięki rzece i drzewom, które zasłaniają palące słońce. Robię szybkie pranie w lodowatej wodzie, śniadanie i w drogę. Dzisiaj opuszczamy Górną Swantię i kierujemy się do Dolnej Swanetii. Ruszamy w kierunku Tsageri.

Mijamy osuwiska kamieni i dojeżdżamy do Lentekhi. W sumie to wioska z jednym sklepem, stacją benzynową i knajpką z chaczapuri .

Na środku placu stoi ciekawy pomnik. Tankujemy gaz i zamawiamy po placku. Dalej jedziemy przez góry do Tsageri. Omijamy miasto i kierujemy się na górską drogę.

Powyżej drogi na przełęczy Orbeli. stoi twierdza. Zatrzymujemy się, bo GS chce się dostać do tej twierdzy.

Ja zostaję w buchance. Upał jest nie do zniesienia. GS wrócił rozczarowany. Buchanka wspina sie ostro pod górę. Mijamy wioski. Zwierzęta gospodarskie na drodze. Domy drewniane o ciekawej konstrukcji.

Są przestronne, z dużymi drewnianymi werandami aż po sam dach. Wszystko wokół zaniedbane. Ogrodzenia z blachy, domy połatane byle jak i byle czym. Ubogo.

W ogrodzie przy jednym z domów stał pomnik Stalina. Wiele tu jeszcze pozostałości po komuniźmie takich jak szare brzydkie budynki. W wioskach ludzie żyją tak jakby im nie zależało na niczym. Dzień mija za dniem rok za rokiem. Stalin jak stał tak stoi.

Mijamy Jezioro Lajanuri oraz Tamę Lajanura. Przejeżdżamy Lechkhumskie góry i w miejscowości Chrebalo trafiliśmy na malutki sklep z zimną colą i piekarnię z gorącym chlebkami. Zjeżdżmy z głównej drogi na skrót do Nikorcminda.

Droga zrobiła się jeszcze bardziej górzysta z serpentynami. Z tej i tak fatalnej drogi zjechaliśmy na jeszcze gorszą guntową, która miała nas zaprowadzić do wodospadu. Takiej atrakcji w ten upalny dzień. Jedziemy 2 km po dziurach z prędkością około 20km/h. Nie mamy klimatyzacji tylko otwarte okna.

Na parkingu przy wodospodadzie sporo aut. Sam wodospad rzeczywście był niemałą atrakcją. Chłód, spadająca do jeziorka woda, kąpiące się dzieciaki.

I cała rodzina popa. Wracamy tą samą okropną drogą mijając dwie zatrzymane w czasie wioski. Nikorcminda to niewielka miejscowość. Dwa sklepy na krzyż i zabytkowa świątynia. Tłok na parkingu i przed sklepem, droga cała zastawiona autami.

Parkujemy i idziemy do świątyni z początku XI w. Sporo ludzi przed budynkiem i to w strojach ludowych.

Wewnątrz para młodych też na ludowo. Pop udziela ślubu.

Trochę postaliśmy pod zabytkowym freskiem.

I po cichutku wyszliśmy na zewnątrz. Ze zwiedzania nici. Robimy porządne zakupy i jedziemy szukać noclegu nad jeziorem Shaori – długie na 7,1, szerokie na 2,7 i głębokie na 1,4 km – rozlewa się błękitem w polodowcowej kotlinie na 1132 m n.p.m . Co za ulga po tym upalnym dniu na krętych górskich drogach. Zjeżdżamy na sam brzeg. Sporo ludzi parkuje autami przy brzegu,

Szukamy ustronnego cichego miejsca. I jest, przy samy lesie w cieniu na kamienistej plaży.

Kąpiemy się, robimy kolację i siedzimy w ciszy. Aż nagle na plażę wyszedł nieźwiedź drugi stał nieco dalej i bacznie nam się przygladał. Niedźwiedzie szukały żarcia w odpadkach pozostawianych tutaj w dużych ilościach. Dla nas jednak był to sygnał, że czas schować się do buchanki. Jest już noc idziemy spać. Trochę straszno z tymi niedźwiedziami w lesie.

Galeria

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.