27.08. Środa. Po opuszczeniu “pałacu” Księcia wracamy na drogę Nr 7. Cofamy się kilka km do najbliższej stacji paliw. Stacja nie wzbudzała naszego zaufania, ale trudno tankujemy tylko benzynę bo gazu nie mają.
Jedziemy na północ Gruzji w wysokie góry. W miejscowości Jvari tankujemy gaz i robimy zakupy w wiejskim sklepie. Wino, pyszny wędzony ser i chleb. Możemy gulać ośiadcza nam uśmiechnięta ekspedientka.
Niedaleko od Jvari zatrzymaliśmy się przy Zaporze Enguri położonej nad rzeką Enguri. Jest jedną z najwyższych zapór na świecie, osiągając wysokość 272 metrów. Budowa zapory rozpoczęła się w 1961 roku, a zakończono ją w 1978 roku. Zasila w prąd Gruzję i Abchazję. Dalej droga nr 7 prowadzi wzdłuż wielkiego Jeziora Inguri – to mający 20 km długości zbiornik zaporowy.
Stanęliśmy na parkingu przy straganie ze smażonymi na smalcu rybkami. Pycha.
Ciekawym odkryciem były sztolnie koło Kaiszi. Dosyć sporo było tych tuneli, wszystkie pootwierane i nie zabezpieczone. Część sztolni leży tuż przy drodze inne za rzeką na różnych wysokościach. Nie udało nam się odkryć ich dokładnego przeznaczenia.
GS wszedł do wykutej w skale sztolni, ale szybko zrezygnował i zawrócił. No i dobrze bo nie przepadam za takimi wycieczkami 🙂
Na drodze dużo szutru, dziur, osuwisk kamieni. Jadąc wzdłuż rzeki Enguri, dojeżdżamy do Mestii.
Razem z obszarem Górnej Swanetii Mestia wpisana została na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To daba– charakterystyczna dla Gruzji osada, która jest ni to dużą wioską, ni to małym miastem.
Wjeżdżając do Mestii spodziewaliśmy się trochę takiej zapomnianej w górach wioski. Szybko się jednak rozczrowaliśmy. To już typowe turystyczne miasteczko w górach.
Najbardziej charakterystyczne dla tego regionu zabytki to baszty obronne z zabudowaniami mieszkalnymi i gospodarskimi, zwanymi machubi.
Jednak giną one wśród nowych pensjonatów, hoteli, sklepów i reklam.
Jest nowoczesny posterunek policji. W 2010 r uruchomiono tu nawet lotnisko. Gdzie są ukryte w tym wszystkim kamienne wieże, tak tejemniczo wyglądające na zdjęciach reklam turystycznych. Szukamy.
Dotarliśmy do machubi rodziny Margiani, jednej z najbardziej liczących się w okolicy. Niegdyś posiadali oni w Mestii aż osiem wież, ale do dziś zachowały się tylko cztery.
Podwórze i budynki mieszkalne już są przebudowywane dla turystów.
W jednej wieży urządzono muzemum. Tam idziemy. Na poszczególnych piętrach obejrzeć można tradycyjne swańskie meble,
Rzeźbiony tron, na którym zasiadał machwszi – głowa rodziny, dekorowany paśnik na siano dla zwierząt. Izba na parterze bez okien była wspólna dla ludzi i zwierząt.
Właścicielka sprzedała nam bilety i stary bydlęcy róg, z którego pito wino. Będzie jak znalazł dla żercy.
GS pobiegł na górę. Ja zrezygnowałam, nie lubię drabin i wysokich wież 🙂
Siedziałam sobie na półpiętrze z witkami brzozowymi nad głową i podziwiałam widoki z malutkiego okienka. Trochę już zmęczeni kupiliśmy chlebki gruzińskie i pojechaliśmy w kierunku lodowca szukać miejsca na nocleg.
Przejeżdżliśmy obok lotniska im. królowej Tamar, skąd można polecieć do Kutaisi i Tbilisi. Lotnisko to znajduje się na liście 10 najbardziej niezwykłych na świecie. No nie wiem, nas specjalnie nie zachwyciło. Mestia też nas nie zachwyciła. Otoczona pięciotysięcznikami Kaukazu i zlokalizowana z dala od głównych szlaków – przez wieki była niemal całkowicie niedostępna. Nie zdołali się tu przedrzeć nawet niepokonani Mongołowie! Nie zniszczyli jej i nie złamali ducha walki Rosjanie. Dopiero teraz w ostatnich latach, rozwój technologii i turystyki zmienił tą górską zapomnianą wioskę w masową atrakcję turystyczną. Jedziemy szutrówką w kierunku lodowca Chalaadi wzdłuż rzeki Mestiachala. Po obu stronach drogi rosną niskie drzewa i krzewy.
Znaleźliśmy dziki camping. Stało na nim już kilka kamperów. Tutaj zostajemy na noc. 28.08.Czwartek – wschód słońca nad rzekąMestiachala
Po śniadaniu sięgamy do bagażnika na dachu po nasze buty trakingowe. Mamy w planie dojście do samego lodowca 🙂
Dojeżdżamy na zastawiony autami parkingu przy małej elektrowni wodnej. Nareszcie widzimy zaśnieżone szczyty Kaukazu. Przy buchance stanęła Polka z Batumi. Prowadzi firmę turystyczną: oprowadza wycieczki i ma pensjonat. Zrobiliśmy wspólne zdjęcia na tle buchanki wymienilismy się kontaktami. W końcu ruszyliśmy.
Pierwsza przeszkoda to rwąca rzeka i zawieszony nad nią niekompletny, stary most.
Początkowo ostre podejście pod górę trochę dało mi w kość, ale póżniej szło się całkiem sympatycznie w lesie, blisko rzeki.
Końcówka to już jak dla mnie wyczyn. Na wysokości 2600 m.n.p.m. brnęłam przez zwałowisko kamieni, czoło lodowca. Kamienie ogromne, niestabilnei z ostrymi krawędziami.
Jesteśmy na lodowcu Chalaadi, z którego wypływa rzeka Mestiachala. Warto było przejechać w upale te setki km, przejść przez kamienie i znależć się w tym miejscu. Jest nie do opisania.
Kawał ogromnego jęzora lodu, trochę przybrudzonego przez kruszące się i nieustająco spadające skały i ten szum spływającej rzeką wody. co za widok. Nad lodowcem góruje szczyt Uszba (4700 m n.p.m.) ze śnieżną czapą skrzącą się w słońcu. GS wszedł wyżej i przyniósł mi kawałek lodu do zjedzenia.
Lodowiec przez cały czas przerażająco szybko się topi. Dosłownie niknie na naszych oczach.
W drodze powrotnej zauważyliśmy na głazach linie i daty dokąd sięgał lodowiec w 1974, 2012, 2014 r.
Droga powrotna do buchanki minęła nam szybko i bardzo sprawnie.
Zapakowni, już w naszym domku na kółkach planujemy pokonać 50 km i dojechać dzisiaj do Uszguli.