24.08.Niedziela Późny wieczór w Sarpi

Zaraz po przekroczeniu granicy zatrzymaliśmy się na parkingu przy brzegu morza. Pozostało nam jeszcze uruchomienie internetu i tutaj zaczęły sie schody. Internet nie chciał z nami współpracować. GS poprosił przechodnia z psem o pomoc tzn. użyczenie nam wifi celem podłączenia naszej karty esim. Młody człowiek, jak sie okazało z pochodzenia Polak, stał przy buchance dobre 30 minut. Zdążyłam wykąpać się w wysokich falach morza. Jak wróciłam do buchanki internet nagle zadziałał.

Jedziemy w kierunku Batumi. Jest już ciemno. Do tego tak jakoś mrocznie. Przy drodze zaskoczył nas widok krowy wyjadającej z kontenera na śmieci jakieś odpadki. W nocy gruntową drogą dojechaliśmy do “campingu”.

Przywitało nas dwóch gruzinskich hipisów mieszkających w przyczepie. Nie chcieli opłaty, poczęstowali nas napitkiem i jadłem my w podzięce daliśmy im flaszkę polskiej wódki.

Camping to ogrodzony kawał łąki porośniętej trawą. Z “budynkiem” socjalnym z ciepłą wodą i łazienką. Jest też wiata na imprezy kulturalne.

Z odjechanym muralem z psychdelicznymi grzybkami.

Jest dobrze. Ciepła woda, prysznic. Po tylu emocjach i przejściach zasypiamy natychmist.
25.08. Poniedziałek wschód słońca na campingu.

Budzimy się w deszczowy poranek. Jesteśmy 4000 km od domu. Opuszczamy miejsce noclegu. Główna droga do Batumi jest bardzo ruchliwa, wioski nie zachęcają do zatrzymania się. Widać, że ludzie żyją tutaj biednie, a jednocześnie jakoś tak niechlujnie, nie przywiązują w ogóle uwagi do otoczenia. No cóż jak na razie to szok kulturowy.

W Batumi udało nam się zaparkować przy samym Bulwarze. Lekko pada deszcz. Budowę Bulwaru rozpoczęto w 1881 r, Jego całkowita długość wynosi około 7 km.

Rozpoczynamy spacer po szerokim Bulwarze. Doszliśmy do ruchomej Rzeźby Ali i Nino stała się ona symbolem miłości, zdolnej do przekraczania granic i uprzedzeń. Rzeźba nie wykonywała żadnych ruchów, ale nas to specjalnie nie zmartwiło.

Mijamy wielkie Koło diabelskie o wysokości 55 metrów ,

Wieżę alfabetyczną. Wysoka na 130 metrów wieża przypomina strukturę DNA. Na konstrukcji znajdują się 33 litery alfabetu gruzińskiego. Każda litera ma wysokość 4 metrów.

Bulwar jest bardzo ładnie zagospodarowany, szerokie aleje, pełne roślin, sklepików, kawiarni i ciekawych rzeźb. Chwila przerwy w kawiarni.

Po wypiciu pysznej kawy poszliśmy nieco dalej od bulwaru w celu znalezienia bankomatu.

Mijamy wysokie szklane wieżowce, hotele, banki. Luksus i przepych w kontraście z budynkami z czasów ZSRR. Szarymi, brudnymi ulicami.

Opuszczamy Batumi z mieszanymi uczuciami i jedziemy chwilę odpocząć na plaży.

Jedziemy wzdłuż brzegu do Ureki i skręcamy na plażę Magnetiti. Znajduje się tutaj słynna plaża z czarnym wulkanicznym piaskiem – magnetytem, który ma właściwości rozmagnesowujące.

Zaparkowaliśmy za 5 GEL w lasku przy samej plaży. Tutaj będziemy nocowali.

Piasek rzeczywiście jest czarny, drobny i nie brudzi. Zbudowano też ładny deptak wzdłuż plaży. Jednak wietrzna pogoda i wysokie fale nie zachęcają do kąpieli.

Ratownicy jeżdżą na quadach i zabraniają wchodzenia do wody. Ludzi jest sporo, spacerują po deptaku, jeżdżą na elektrycznych pojazdach,

jedzą w licznie poustawianych budkach. Klimat zupełnie jak u nas nad morzem w latach 90-tych. Lasek, w którym stoimy jest okrutnie zaśmiecony.

Kąpiemy się w morzu bo jednak gdzieś musimy się umyć. Do buchanki pdszedł uradowany Rosjanin z synem. Był zaskoczony, że jesteśmy Polakami, ale nawiązaliśmy z nim ciekawą rozmowę. Trochę znamy rosyjski i raczej bez problemu się komunikujemy. Wieczorem idziemy do wioski kupić coś do picia i jedzenia.

Ulica biegnąca przez wioskę jest cała zastawiona straganami z różnym asortymentem.

Nas zaciekawił piec i pieczone w nim chlebki.

Pyszne, gorące i tanie. Gruzińskie chlebki to tonis puri.

Placki ciasta przykleja się do wnętrza gorących ścianek okrągłego glinianego pieca ton i piecze się przez kilka minut, aż do uzyskania chrupiącej skórki. Wszyscy wokół je kupują. Wracamy do buchanki deptakiem zaopatrzeni w te chlebki i piwo 🙂

Deptak jest oświetlony i ruch na nim nie maleje. Jak na nadmorskie uzdrowisko jest nawet cicho. Idziemy spać. 26.08.- wtorek wschód słońca na plaży Magnetiti. Dzisiaj żegnamy się z Morzem Czarnym i ruszamy w góry.

Rano przyszły do nas krowy i wyżerały śmieci z woreczków foliowych i ludziom ze stolików. Taki lokalny koloryt.

Dzień zapowiada się pogodny, rozwiało chmury, jedziemy w kierunku Poti.

Kilka kilometrów dalej trafiliśmy na wielki biały pomnik. Od razu parkujemy, takie atrakcje to bardzo lubimy 🙂 Pomnik Zwycięstwa – ofiar II wojny światowej i zwycięstwa nad nazizmem. Wysoki posąg otaczają żelbetowe morskie fale.

Nazwiska 3300 mieszkańców Poti poległych 1941-1945 ( w mieście było wtedy 7000 mieszkańców) wyryto na kamiennych tablicach.

Przy pomniku pasły się wszechobecne krowy.

Zaraz za pomnikiem w miejscowości Maltakva zlokalizowaliśmy hangary hydroplanów. Kolejny obowiązkowy przystanek.

Ja sobie spaceruję nad J.Paliastomi, a GS biega po tych hangarach. Mijamy wielki port Poti. Mieliśmy już dosyć tych torów, rur i monotonnej asfaltowej drogi Wybraliśmy skrót do Khobi przez wioski wzdłuż rzeki Khobi.

Mijamy małe zaniedbane gospodarstwa. Zaskakujące są tutaj przyłącza gazowe do domów i cała żółta sieć poprowadzona nad płotami i zwierzęta gospodarskie urzędujące na drodze.

Z Khobi wjechaliśmy ponownie na drogę asfaltową wzdłuz torów do Zugdidi. Największego miasta przed wysokimi górami Kaukazu. Mają nawet galerię handlową gdzie elegancko zaparkowaliśmy. Jest Carrefour. Kupujemy mnóstwo picia i jedzenia. Zapasy w góry. Wszystko pięknie, ale nie mamy zbyt wiele paliwa. Nie zatankowaliśmy wcześniej i mamy problem. Po ominięciu placu budowy, objazdem przez most wjechaliśmy na drogę lokalną nr 7 do Mestii. Przed nami już tylko same wioski, a to znaczy, że może być lipa z paliwem. Jedziemy przez Region Mergelia. Obserwujemy duży wpływ Rosji na życie w Gruzji. Rosyjska infrastruktura, rosyjskie budownictwo i cała ta siermiężność poradziecka. Jak dla nas trochę znajomo, trochę egzotycznie.

Naszym celem jest Sisa Tura prywatna wioska etniczna, prezentująca historię i kulturę tego regionu. Dojazd do wioski lekko offroadowy. Niestety wioska nie jest udostępniona do zwiedzania, a tym bardziej do noclegu na co po cichu liczyliśmy. Nie mniej na miejscu zastalismy miła panią, która wskazała nam miejsce z campingiem w wiosce Chkaduashi.

Zjechaliśmy kilka km w od drogni Nr 7 i znaleźliśmy się na terenie dawnej rezydencji francuskiego księcia. Camping prowadzony jest przez księcia, którego rodzina o arystokratycznych korzeniach była powiązana z samym Napoleonem. Niesamowita historia. Sam książe mocno zakręcony gość mowił po angielsku z akcentem francuskim, jakoś się dogadywaliśmy.

Zaparkowaliśmy przy rozłożystym miłorzębie.

Dojechali do nas Niemcy ogromnym camperem-cięzarówką marki Mercedes. Przy nich
nasza buchanka to blaszane autko 🙂

Książe zaprosił nas na wspólne zwiedzanie jego Château i degustację miejscowego wina.

Z zewnątrz budynek wygląda bardziej na wiejską rezydencję 🙂 Idziemy razem z Niemcami zapowiada się bardzo ciekawie. Po przekroczeniu progu domostwa szczęki nam wprost opadły na ziemię. Normalnie jak byśmy znaleźli się we francuskim pałacu w czasie kiedy żył Napoleon.

Przestronna wysoka jadalnia ze stołem nakrytym francuską porcelaną, kredensy wypełnione bibelotami. Stary fortepian a na nim fotograie w złotych ramkach

Tapety z materiału na ścianach. Wszystko sprowadzone z Francji. Każdy przedmiot.

Sypialnia z łożkiem Napoleona. W salonie wygodne fotele i kanapy. Portrety rodzinne, pamiątki po Napoleonie.

Wokół salonu rozciąga się taras z widokiem na góry i zachód słońca. Usiedliśmy wygodnie z lampką białego wina w ręce. Ja i GS oszczędnie degustowaliśmy wino za to Niemcy popijali jak smoki. Książe wyraźnie był nimi zniesmaczony. Za to my kojarzyliśmy mu się z Marysięńką Sobieską tą od Napoleona. Opowiedział nam cała swoją historię. Jego prapradziadek był adiutantem u Napoleona. W czasie zawieruchy wojennej przybył w te strony. Zbudował dom na wzgórzu, założył winnicę i sobie w miarę spokojnie egzystował do czasów komunistycznych. Cała rodzina została wypędzona i uciekła do Francji. Książe wrócił do wolnej Gruzji i odbudowywuje majątek rodzinny.

Czym jeszcze zaskoczy nas Gruzja? Pełni wrażeń i emocji zasypiamy natychmiast.
27.08.Środa – wschód słońca w Château

Pakujemy buchankę.

Dziękujemy gospodarzowi i wpisujemy się do książki pamiątkowej.

Ja szybciutko podsunęłam mu nasz dziennik pokładowy i tym sposobem

mamy książęcą dedykację 🙂

Niemcy jeszcze zostają, ale my ruszamy skoro świt dzisiaj chcemy dojechać do Mestii górskiej perły Kaukazu.
Galeria
null
.
























































































