Zaraz za przejściem granicznym stoi potężny meczet trudno go nie zauważyć. W Turcji dominuje islam i ten meczet jest ważną wskazówką, że wkraczamy do świata o odmiennych tradycjach i kulturze.

Jedziemy autostradą w kierunku Stambułu. Wokół krajobraz pagórkowaty z dominacją suchych traw.

Stambuł ominęliśmy szerokim łukiem i wjechaliśmy prosto na biały most Sułtana Selima. Przejechaliśmy cieśninę Bosfor. To cieśnina łącząca Morze Czarne z Morzem Marmara, położona między Półwyspem Bałkańskim, a Azją Mniejszą, oddziela Europę od Azji. Musimy chwilę odpocząć i jakoś ogarnąć fakt, że jesteśmy w Azji. Jest jeszcze widno, mamy chwilę na znalezienie dobrej miejscówki nad samym morzem.

Z obwodnicy Stambułu zjechaliśmy na szutrową drogę prowadzącą wzdłuż wybrzeża wysokiego i skalistego.

Po 10 km jazdy wybitnie offroadowej zjechaliśmy do ładnej zatoki z plażą. Grupa osadników w namiotach, kamperach i innych tymczasowych domostwach przyglądała nam się nieufnie. Wokół biegały kury i kozy. Prowizoryczne ogrodzenia wokół małych ogródków nie zachęcały do nocowania w tym miejscu.

W drodze powrotnej, mocno już wytrzęsieni, znależliśmy inną zatoczkę z kamienistą plażą. Wieje silny wiatr, jest gorąco. Parkujemy blisko brzegu tuż przy wysokiej skale.

Ta plaża położona w pobliżu Stambułu musi być atrakcyjna dla miejscowych. Co rusz podjeżdża samochód. Nie kąpią się tylko obserwują morze. W oddali turecka rodzina zrobiła sobie piknik. GS wdrapał się na wysokie zbocze w poszukiwaniu zasięgu. Chcemy pokazać naszą lokalizację rodzinie w Polsce. Niestety zasięgu nie ma. Bardzo szybko zaszło słońce. My też po emocjach dzisiejszego dnia szybko zasnęliśmy.

22.08. Piątek – wschód słońca na kamienistej plaży Morza Czarnego.

Budzimy się o świcie. Słońce wschodzi równie szybko jak zachodzi. Jesteśmy zupełnie sami. Kąpiemy się w morzu. Zrywam liście laurowe z krzewów, które obficie porastają klify. No po prostu raj.

Jesteśmy zwarci i gotowi do dalszej wędrówki. Jeszcze sprawdzenie oleju i jedziemy. Nagle GS ogłasza – awaria oleju!! Gorąca kamienista plaża, zero cienia, zero ludzi. Ale ja nie panikuję. Spokojnie chodzę po plaży i trzymam się z dala od buchanki.

Przyglądam się statkowi, który też miał awarię bo niebezpiecznie dryfował do brzegu i rozpaczliwie próbował utrzymać kurs. Chyba miał kłopoty w maszynowni. Bo dymił i gwizdał straszliwie. GS dokonał cudu naprawił przewód chłodnicy oleju. Zgubiliśmy wcześniej 1 l oleju, ale dolał i jest git. Statek też odpłynął.

Wracamy na obwodnicę Stambułu. Na wszelki wypadek kupiłam 4 piwa i 4 butelki wody bo nigdy nie wiadomo gdzie jeszcze staniemy:) Z obwodnicy zjeżdżamy na starą dorgę D100. Miała być malownicza, a okazała się straszliwie uciążliwa. Wleczemy się od miasta do miasta

Mijamy co chwilę kontrole prędkości, dziwne radary, zupełnie nieczytelne ograniczenia prędkości, światła. Jest upalnie jak w piekle. GS zmobilizował całą uwagę na drodze. Chciał uniknąć mandatu, albo stłuczki. O 13 z głośników na wieżach meczetów muezini wzywali wiernych do modlitwy.

Meczetów minęliśmy sporo są nawet na stacjach paliw i w większych zakładach pracy. Równo o 13 mężczyźni w grupkach, żwawym krokiem biegli do tych meczetów. Dalej droga D100 zrobiła sie ciut bardziej malownicza.

Po obu jej stronach ciągną się góry porośnięte suchą trawą. Na suchych ścierniskach pasą się krowy i kozy. Co one tam skubią to zagadka. Rzeka też sucha, zaledwie kilka kałuż. Wjeżdżamy na 1405 m.n.p.m. – buchanka gotuje się w tym piekle.

Stajemy w cieniu na przełęczy przy źródełku i knajpie. Zmodyfikowany system chłodzenia sprawdza się. W 37 stopnich w cieniu buchanka schładza sie szybciutko. My tankujemy wodę ze źródełka. Już wiemy, że woda jest tutaj skarbem. Jej brak przy takich wysokich temperaturach oznacza duże kłopoty. Mijamy wioski, które susza pozbawiła wody. Ciągną ją wężami ze źródełek zlokalizowanych bliżej drogi.

Szukamy noclegu obok miasta Ilgaz nad potokiem Devrez. Rzka niestety wyschła więc nocujemy w pobliskich zaroślach. Myjemy się z zapasów wody zgromadzonych w 5 l butlach. Kolacja i spanie.

23.08.Sobota – wschód słońca nad suchą rzeką. O 5 rano budzi nas muezzin głośno nawołując z wieży. Dzisiaj mamy w planie dojechanie do Amasya .

Od świtu, przy drodze na ogniskach z polan drewna w wysokich czajnikach parzona jest herbata-czaj. Aromatyczny dym niesie się po całej drodze. Te oryginalne “ekspresy do herbaty” rozstawione są dosłownie wszędzie: przy każdym straganie, stacji paliw, sklepie.

W samo południe dojechaliśmy do Amasya. To miasto turystyczne, pełne aut, ludzi, wąskich uliczek.

Zaparkowaliśmy przy torach kolejowych obok przejścia na bazar. Jest tak gorąco, że od razu czujemy absurd tego pomysłu. Wdrapywanie się na wysoką skałę żeby zobaczyć wykuty w niej grobowiec. No ale już tu jesteśmy to chociaż zrobimy krótką przebieżkę pod grobowiec. Idziemy. Przez całą drogę chowamy się w cieniu. Przez miasto płynie rzeka, a po niej stylowe łódeczki.

W końcu doszliśmy do mostku na rzece – to dobry punkt widokowy na grobowce władców z okresu kiedy miasto była stolicą królestwa Pontu.

Grobowce wykuto w skale górującej nad miastem. Przeszliśmy przez mostek prosto w wąskie uliczki, przy których stoją drewniane domki z epoki osmańskiej.

Brukowanymi uliczkami doszliśmy do bazaru.

W ogromnej hali zrobiliśmy zakupy i kładką przeszliśmy do buchanki. Wyjazd z miasta nie należał do najłatwiejszych.

Wracamy na naszą trasę na drogę D100. Czujemy, że nie damy rady dalej w tym upale i beznadziejnym ruchu na drodze. Zapada decyzja i skręcamy nad Morze Czarne do miasta Ordu. Może będzie chłodniej 🙂 I od razu jest lepiej.

Droga prowadzi wprawdzie cały czas pod górę, ale ma przyzwoity asfalt i ruch na niej jest niewielki.

Po jakimś czasie zauważyliśmy, że góry przez które, jedziemy całe porośnięte są krzewami leszczyny. Dosłownie calutkie.

W okolicy trwają żniwa orzechów laskowych. Przy każdym domostwie na wielkich płachtach suszą się orzechy. Kupiliśmy woreczek orzechów dla Welesa i Peruna. Wieczorem dojechaliśmy do Ordu dużego miasta położonego nad Morzem Czarnym. Od razu wpasowaliśmy się w korek, tłumy aut, ludzi i upał. Powolutku jedziemy główną ulicą przy nabrzeżu. O dziwo przy domach i to takich wielorodzinnych też suszą te orzechy. Mamy upatrzony camping. Oczywiście nawigacja poprowadziła nas w boczną uliczkę gdzie trafiliśmy na jakieś dzikie obozowisko bezdomnych. Zawracamy zjezdżamy na drugą stronę drogi do campingu. Porażka już na samym wjeździe i opłata 100 zł. Nie podoba nam się tutaj, GS sięga do swojej mapy. I tak trafiliśmy na dziki kemping na plaży dla zmotoryzowanych.

Bez opłat za pierwszy dzień pobytu. Sami miejscowi żadnego turysty choćby na rowerze. Zarządzający tym terenem pomogli nam ustawić się na plaży przy samym brzegu morza.

Obok nas stoi turecka przyczepa. Kobieta w tradycyjnych szatach chowa się w przyczepie, facet w spodenkach wyluzowany. Jest gorąco musimy schłodzić się w morzu, ale jak ja mam wejść do wody w skąpym kostiumie. Nikt się nie kąpie, a wokół kobiety w czarnych długich strojach. Jakoś o zmroku okryta ręcznikiem przemyciłam się do wody. Wokół jest spokojnie i bardzo cicho.

Image00040

Spokój sobotniej gorącej nocy na plaży przerwało nawoływanie muezina. Nagle wszystko wokół jakby zamarło nawet morze było cieche, tylko ten donośny śpiew z wieży. Wypijamy po drinku z tureckiej coli i naszego jarzębiaku i idziemy spać. Wiadomo 5 rano pobudka.

24.08.Niedziela- wschód słońca na plaży w Ordu. Wszyscy śpią, nie licząc spacerującej po plaży bląd niewiasty w różowym kostiumie kąpielowym, a ja tak się chowałam w moich czarnych trykotach 🙂 Idziemy popływać.

Robimy śniadanie na plaży. Sąsiedzi obok mają gości, parzą czaj i opychają się bułeczkami. Coś dziwnego dzieje się na niebie. Nareszcie pokazały się chmury i przesłoniły palące słońce. Jedziemy w kierunku Gruzji.

Plan na dzisiaj to przejechanie granicy. W wyśmienitych humorach, bo zrobiło się chłodniej dojeżdżamy do Rize stolicy tureckiej herbaty. Działa tutaj 300 fabryk herbaty.

Napar podaje się w małych szklankach o charakterystycznym kształcie tulipana. Ponieważ import kawy był zbyt drogi, szukano jej zamiennika. Tak powstała popularna do dzisiaj herbata po turecku. Pierwsze herbaciane krzewy zauważyliśmy tuż przy wjeździe do Rize.

Rize to duże miasto, położone na zielonych wzgórzach herbacianych. Krzewy herbaciane rosną tutaj wszędzie przy każdym domu

Wąskimi uliczkami wjeżdżamy na wzgórze, na którym w średniowieczu był zamek.

Przy parkowaniu zaliczamy wgniecenie tylnego zderzaka na metalowym płocie. W sumie nic się nie stało i płot z niewidocznym skrzywieniem, nikt nawet nie zauważył. Oprócz GS, który przeżywał z godzinę ten niefart.

Na wzgórzu zamku jako takiego nie ma, pozostały tylko mury. Jest kawiarnia i kilka drzew, ale widoki są przepięknie. Cudowna jest ta zieleń herbacianych krzewów.

Wyjeżdżamy z mista na drogę do granicy z Gruzją.

Przy drodze stoją dziesiątki tirów. Dojeżdżamydo Sarp przejścia granicznego do Gruzji. Na granicy niesamowite zamieszanie, ludzie biegają, auta jeżdżą w różnych kierunkach. Jednym słowem totalny chaos! I tym sposobem wjechaliśmy na drogę jednokierunkową powrotną do Turcji. Szok! Na szczęście po kilku km nerwowej jazdy znaleźliśmy nawrotkę. Robimy drugie podejście do granicy 🙂

Prawidłowo podjechaliśmy do tureckiego strażnika. Ja musiałam opuścić pojazd i pieszo przekroczyć granicę. GS pojechał dalej. W kusej sukience, klapkach z paszportem w ręce, nie zabrałam nawet komórki, pognałam w bliżej nieokreślonym kierunku tam gdzie byli niezmotoryzowani. Adrenalina rosła z każdym metrem mijanego labiryntu korytarzy.

Szłam długim przeszklonym korytarzem i nagle zobaczyłam buchankę, jest nadzieja, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Doszłam do dużego sklepu, marketu przed którym stały budki ze strażnikami tureckimi. Wbili mi pieczątkę i kazali iść dalej tzn. gdzie? Kierowałam się za tłumem ludzi z reklamówkami. Doszliśmy do gruzińskich strażników. Dostałam pieczątkę i skrajnie zestresowana, z obłędem w oczach i kołtunem na głowie wylądowałam na placu w Gruzji. Zbliżała się burza, było parno. Ja zero kasy, zero wody, zero niczego. Wokół dziki tłum z reklamówkami wypełnionymi żarciem z przewagą czipsów. O co tu chodzi. Dopiero później dowiedziałam się, że to gruzińskie mrówki z towarem z Turcji. Czekam już 2h na buchankę. Ani widu ani słychu. Czarna magia po prostu. I jest światełko w tunelu nasza buchanka. Co za ulga. Jesteśmy razem w Gruzji

Jeszcze zakup za 50 GEL ubezpieczenia, o którym w ogóle zpomnieliśmy, ale nam przypomnieli i to szybko za nim GS opuścił bramki. Był zakręcony bardziej ode mnie, przeżył szok na tym przejściu. Turcy ważyli buchankę jak jakiegoś tira, zapłacił mandat 15 zł za zaległą opłatę za autostradę. Na szczęście miał tureckie pieniądze bo karty nie przyjmowali. Przegonili go przez kilka okienek.

Jesteśmy w Gruzji. W ten burzowy, sztormowy wieczór nad Morzem Czarnym zaczyna się 2 etap naszej wyprawy.

Galeria

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.