17.09.Środa – Wschód słońca na tureckim kampingu. Raniutko korzystamy z dobrodziejstw cywilizacji, prysznica. Zbieramy ze sznura niedosuszone pranie. Doschnie w czasie drogi, w buchence mamy rozwieszone linki.
Dzisiaj planujemy przejechać 300 km i dotrzeć do Kapadocji. Żegnamy się z miłym gospodarzem i wyjeżdżamy na autostradę. Jedziemy przez górzysty teren ponad 2000 m.n.p.m. Wokół same pustynie, ani krzaczka. Gdzie niegdzie w sąsiedztwie rzeki wyrasta mała wioska zanużona w zieleni.
Na odpoczynek i chwilę przerwy zjeżdzamy do niewielkiej starej wioski Karadayı, gdzie przy drodze stoi zajazd Karatay Karawanseraj
Pochodzi z okresu seldżuckiego, jest przykładem karawanseraju, czyli zajazdu dla kupców.
Seldżuccy sułtaniwładający centralnymi obszarami Azji Mniejszej w XII i XIII wieku, zarządzili wzniesienie wielu karawnserajów, zarówno wzdłuż słynnego Jedwabnego Szlaku, jak i innych ważnych tras handlowych.
Podróżni mieli darmowe wyżywienie i napoje. Zapewniano im także opiekę medyczną oraz pomoc przy zwierzętach jucznych. Każdy karawanseraj gwarantował pełnięusług dla podróżnych. Dzisiaj zajazd był zamknięty.
Ciekawostką był wybudowany niewysoki tunej pod autostradą, który prowadził prosto do meczetu.
Zbliżamy się do Kayseri to spore miasto położone na wysokości 1043 m.n.p.m. W starożytności było metropolią chrześcijańską siedzibą biskupia Bazylego Wielkiego (329-379 n.e.). Dzisiaj w tym 1,5 mln mieście chrześcijanie nie mają wiele do powiedzenia. W największym ciągle działającym kościele chrześcijańskim na terenie Turcji, odbywają się tylko dwa nabożeństwa rocznie. Do miasta wjeżdżamy ze wschodu. Właściwie mamy prostą drogę, żeby omniąć centrum i wyjechać na zachodzie. I tak by się stało gdyby nie zmyłka nawigacji.
Miasto z szeroką wielopasmową ulicą pośrodku. W tle wielkie nowoczesne osiedla, w każdy ogromny meczet z 4 wieżami. Galerie, restauracje tłumy ludzi, aut. Standardowo dla tureckich miast. Jedziemy niespiesznie. Nagle przed nami objazd, nasza nawigacja zgłupiała i poprowadziła nas do centrum. W samym szczycie ruchu i przepychania się aut z pasa na pas. I kiedy już mielismy skręcić w lewo na Kapadocję to skręciliśmy w prawo na Amasye. Nie zawrócisz bo jak na autostradzie. Jedziemy do najbliższego zjazdu.
Dojechaliśmy do Kapadocji. W samo południe zatrzymaliśmy się na rozgrzanym jak piec parkingu w Skansenie Zelve. Otaczają nas stożki miękkich kapadockich skał i wykutych w nich jaskiń. W latach 310 – 320 n.e. cesarz Konstantyn pozwolił w Kapadocji, na tym terenie osiedlać się chrześcijanom.
W spektakularnie wyrzeźbionych przez erozję skałach znajduje się około 350 wydrążonych kościołów, klasztorów i kapliczek.
Nie miałam ochoty wspinać się po tych skałach, ale w końcu to Kapadocja jak mus to mus 🙂 Dla turystów wybudowano przy parkingu bazę turystyczną. Kupujemy bilety 12 Euro za jeden i rozpoczynamy wędrówkę trzema dolinami. Z nami tłum turystów.
Zaglądamy do wnętrza kościółków, winiarnię i młyna. Jest to na pewno bardzo ciekawe miejsce. Warte zobaczenia. Na nocleg wybraliśmy Göreme to typowa turystyczna miejscowość.
Wielu mieszkańców nadal mieszka w wykutych w skale domach. Wygląda to dosyć osobliwie na tle supermarketów, restauracji, pasażu z bankomatami i straganami z pamiątkami. Tłum kolorowych turystów wysiadających z busów i autobusów. Pędzące quady i auta 4×4. No cóż mekka turystów. Parkujemy przy jaskini i idziemy wmieszać się w tłum.
Przemieszczamy się w kierunku bazaru. Kupujemy przyprawy, pomidory, paprykę i melonoarbuza. Spodobała mi się “pasterska” maczeta, ale GS zdecydowanie odmówił tego zakupu. Już czaszka konia ukryta w bagażu na dachu jest wiekim przypałem. W drodze powrotnej do buhanki wstępujemy do supermarketu. Czas poszukać miejsca na nocleg.
Znaleźliśmy super miejsce na skałach powyżej miasta przy Dolinie Miłości.
Czakamy na zachód słońca. Co kilkanście minut przejeżdża po piaszczystej kurzącej drodze, przy której parkujemy wycieczka aut 4×4, quadów, pieszych.
Zostajemy pomimo kurzu. Miejscówka ma widok na całą dolinę i pola startowe balonów. Na to czekamy na balony i podziwiamy światła Kapadocji.
18.09. Czwartek- wschód słońca w Dolinie Miłości.
Za nim wstało słońce my już czekaliśmy na balony. No i się nie doczekaliśmy. Latały tylko motolotnie. Co za rozczarowanie. Pijemy kawę i jedziemy w kierunku wioski Fasıllar.
Mijamy centrum miasta i bardzo ładne miasteczko Uchisar z jaskiniami i hotelami gęsto ułożonymi na wzgórzu. Jest też forteca.
W kolejnej miejscowości trafiliśmy na balon. Zawsze to jakś namiastka. Dojechaliśmy domiasta Konya. To ponad dwu milionowa metropolia, która słynie z religijności swoich mieszkańców, jak również z ich konserwatyzmu.
Mamy plan ominąć miasto obwodnicą i od razu wyjechać na drogę do Fasillar. Pojechaliśmy jednak przez miasto i wyjechaliśmy na głównej drodze nie tam gdzie chcieliśmy. Nie zawracamy. GS wypatrzył dalej jakiś skrót, który pozwoli nam zjechać na właściwą. drogę. Jak to bywa ze skrótami są o wiele dłuższe niż się zakłada. Ale to już inna historia.