16.09. Wtorek – Wschód słońca nad rzeką Eufrat. Nie darowałam sobie porannej kąpieli w krystalicznej wodzie.
Dzisiaj mamy zdobyć Górę Nemrut. To starożytne miejsce spoczynku króla Antiocha I z Kommagene panującego w latach 70 – 38 p.n.e. Był najpotężniejszym z władców Kommageny niewielkiego królestwa położonego w zakątku Azji Mniejszej wytyczonym z jednej strony przez górny bieg rzeki Eufrat, a z drugiej – przez pasmo gór Antytaurus. . Antioch mógł poszczycić się pochodzeniem z dwóch wyśmienitych rodów, z przodkami zarówno w Iranie, jak i w Grecji. To mieszane pochodzenie znalazło zresztą odzwierciedlenie w prowadzonej przez niego polityce utrzymywania równowagi między Wschodem i Zachodem, oraz w założeniach ustanowionej przez niego religii.
Monument grobowy Antiocha na górze Nemrut – najwyższym szczycie górskim w Królestwie Kommageny – stanowi dowód megalomanii tego władcy, który wierzył, że jest równy bogom. Aby dać wyraz temu przekonaniu, nakazał na szczycie górskim usypać sztuczny wierzchołek z kruszonej skały, o wysokości 50 metrów. U stóp tego wierzchołka natomiast postawiono dziewięciometrowe posągi przedstawiające go w otoczeniu bogów. Tyle mniej więcej wiemy przed podróżą do tego magicznego miejsca.
Do celu mamy zaledwie 50km. Wyjeżdzamy z doliny rzeki Eufrat. Mijamy kobiety zbierające pomidory, mijamy wioskę i po chwili jesteśmy na głównej drodze.
Jeszcze rzut oka w dół na nasz nocleg.
Przejeżdżamy przez rzekę nowym ładnym mostem.
Po kilkunastu km zjezdżamy na drogę prowadzącą pod sam szczyt Góry Nemrut na wysokość 2150 m.n.p.m.
Droga nie jest zła, ale bardzo długa i męcząca.
Dojeżdzamy do punktu poboru opłat na wysokości około 1500 m.n.p.m. Jeśli chcemy jechać dalej musimy zapłacić 10 Euro od osoby. Idziemy do sporego budynku, który jest jednocześnie kasą, restauracją, sklepem z pamiątkami. Kupujemy bilety i jedziemy.
Droga robi się jeszcze bardziej stroma, widzimy już usypany szczyt góry.
Buchanka zgrzana do granic wytrzymałości zatrzymała się na parkingu końcowym. Dalej już pieszo. Nie ma wyjścia idziemy.
Ja ledwo to góra bez odrobiny cienia. Dochodzimy do monumentalnych posągów. Ich widok na wysokości 2150 m.n.p.m, jest nierealny. Na trzech tarasach (wschodnim, zachodnim i północnym) znajdują się siedzące posągi o wysokości ok. 9 metrów !
Widzimy kontrast pomiędzy stosunkowo topornym wykonaniem korpusów posągów, a precyzją i starannością cechującą ich głowy. Figury bóstw składają się z horyzontalnie ułożonych warstw bloków skały wapiennej.
Postaci te były strzeżone przez posągi lwa i orła, stojące po obu stronach.
Usypany z kruszywa 50 metrowy kopiec otaczały trzy takie tarasy z indentycznymi posągami.
Podziwiając przepiękny krajobraz wokół, szczyty gór i poteżną rzekę nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie jak 70 lat p.n.e. ludzie dokonali takiego czynu. Jak wnieśli te ogromne bloki skalne nawet po kawałku jest to gigantyczne przedsięwzięcie.
Z trudem dojeżdżają tutaj auta z napędem 4×4. Sama końcówka i piesze wejście też jest męczące. Jak oni to targali. I jeszcze ten kopiec jak go usypali z drobnych kamyków na szczycie góry?! Powoli kamiennymi schodkami schodzimy do buchanki. Ten Antioch to musiał być niezły gość.
Buchanka stoi na parkingu w towarzystwie busików doworzących turystów. Mieliśmy szczęście, że przyjechalismy tutaj w miarę wcześnie.
Zjeżdżamy w dół zostawiając za sobą kamienne posągi. Wpadliśmy na genialny pomysł że do Malatyi pojedziemy skrótem przez góry. Jak to bywa ze skrótami i ten okazał się dłuższy, trudniejszy i męczący. Średnia wysokość do pokonania to 2300 m.n.p.m. No ale jak się wjechało na Omalo to już wszędzie wjedziemy 🙂
Mijamy imponujący zamek Kahta Yeni Kale, wzniesiony na szczycie stromej i wysokiej góry. Nie zwiedzamy, góra Nemrut na dzisiaj wystarczy. Z wysokości 800 m wjeżdżamy na wysokość 1800 m do wioski Subasi .
Teren wokół górzysty i niedostępny, Na zboczach stoją malenkie domki.
Dojeżdżamy do wyschniętej wielkiej rzeki Şiro Çayı. jestęśmy wykończeni tymi górami, a jeszcze przed nami przejazd przez 450 tyś miasto Malatya położone w kotlinie u stóp gór Taurus.
Wjeżdżamy z myslą żeby udało nam się w miarę szybko i bezproblemowo przejechać.
Ruch jak w każdym większym tureckim mieście, brak możliwości zjazdu, zatrzymania się. I jeszcze wjazd pod górę. Rozglądamy się za miejscem na nocleg. Ciężko.
Jedziemy autostradą wokół suche góry.
Przed miejscowościa Girin stał sie cud. Jest kemping. Taki przwdziwy. Z całym socjalem nawet pralką, tylko dla nas.
Jest i restauracja, do której od razu po zaparkowaniu idziemy.
Gospodarz poczęstował nas pyzami tureckimi, pizzą i sałatką no i kompotem bo piwa nigdzie tutaj nie dostaniesz nie ma takiej opcji.
W nocy robimy jeszcze pranie, kąpanie i idziemy spać. Zasypiamy w cieniu wielkiego orzecha.