14.09.Niedziela Za miastem Ahlat zjeżdżamy z głównej drogi w stronę Wulkanu Nemrut. Ma on wysokość 3050 metrów n.p.m. Około dustu tysięcy lat temu w wyniku jego erupcji, powstało Jezioro Wan. Opływ wody w jeziorze został zablokowany przez strumień lawiny, który miał 60 km długości! W planie mamy nocleg na tym właśnie wulkanie. Z palnowaniem różnie bywa i tak się stało w tym przypadku.
Skręciliśmy na szutrową drogę. Pozostawiamy za sobą trzy wioski, typowo rolnicze osady bez cienia cywilizacji. W ostatniej widzimy już wulkan. Wjeżdżamy na drogę prowadzącą na szczyt wulkanu jakieś 600 m pod górę. Nagle z naprzeciwka pędzi do nas koparka, trąbi i mruga światłami. Zatrzymujemy się. Turek macha rękami i prubuje nam wytłumaczyć, że dalej nie ma już drogi.
On zjechał do wioski, a my jak to my, sami musimy przekonać się czy mimo wszystko nie da rady przejechać. Jedziemy dalej żwirową drogą pod górę.
Dojechaliśmy do głębokiej wyrwy, kawałek drogi obsunął się w dół i na pewno nie przejedziemy tej przeszkody. No nic musimy zrezygnować z noclegu na wulkanie. Zupełnie chyba nas już zamroczyło bo nie zauważyliśmy na mapie drugiej drogi na wulkan i to asfaltowej przeznaczonej dla turystów. Ach te nasze skróty i boczne drogi:)
GS wycofuje buchankę i powoli zjeżdżamy,
Na drodze leżą skorupy żółwi. Na rozdrożu przy wiosce siedzi kilkuTurków i z zadumą nam się przygląda.
Musimy z powrotem dotrzeć do głównej drogi nad jeziorem. Decydujemy się na skrót przez pola, typowo polną drogą,przy suchym korycie rzeki. Mijamy dziesiątki hektarów pól z czerwonymi pomidorami i żółtą papryką.
Właśnie trwają żniwa, pomidorowo-paprykowe szaleństwo. Na polach ustawione są namioty dla pracowników.
Pracownicy pochyleni nad krzakami pomidorów sprawnie je zrywają do skrzynek. Skrzynki pakowane są na niewielkie busy.
Busy polną drogą wyjeżdżają na drogę główną asfaltową.
My za nimi szlakiem pomidorowym, co kawałek z busów wypadają pojedyńcze pomidory 🙂
Inną ciekawostką na drodze były nieco większe busy obładowane do granic możliwości niewielkimi kostkami sprasowanej i zawiniętej w białą folę słomy. Słomę z pól zwożą luzem do takich zakładów robiących kostki. Wjeżdżamy w rejon górzysty i wybitnie wulkaniczny.
Mijamy Bitlis położone w dolinie rzeki Bitlis i znajdujemy nareszcie nocleg.
Na miejscu przywitało nas stado kóz i ich pasterz z meczetą za paskiem i smartfonem w ręce. Uśmiecha się do nas to chyba jest ok. Chowam buchankę za krzakiem. Musimy odpocząć po dzisiejszych emocjach. Kąpiel w rzece odpada, myjemy się w wodzie pitnej, której nam w zastraszającym tempie ubywa. Pasterz siedzi na pagórku i krzyczy do smartfona.
Zasięgu raczej tutaj nie ma, są za to strzeliste wysokie góry wokół. Zbliża się noc. Kozy idą do domu, a my spać do buchanki. Robi się chłodno w tej dolinie. 15.09. Poniedziałek – Wschód słońca nad rzeką Bitlis.
Po chłodnej nocy nastał gorący dzień. Jemy śniadanie. Przybył pasterz ze swoim stadkiem kóz. Na dzisiaj mamy bardzo ambitny plan dojechac do Nemrut. To ponad 400 km. Sporo. Zobaczymy jak nam pójdzie.
Buchanka mknie 4 pasmową szeroką, asfaltową drogą. Przed nami pofałdowany teren, porośnięty suchymi trawami. Żadnej innej roslinności. Słońce mimo wczesnej pory pali.
Zaciekawiły nas przydrożne stragany obładowane workami z solą. Kawałek dalej trafiliśmy na produkcję tej soli. Z gór spływają strumienie z bardzo słoną czystą wodą. Woda jest gromadzona w wykopanych płytkich basenach wyłożonych folią.
Młodzi ludzie bez przerwy szuflują sól wytracajacą się z wody i opadającą na dno. Sól jest suszona, ładowana w worki i sprzedawana. Proste prawda.
Kawałek dalej mijamy cegielnie. Cegły suszą się na słońcu. Całe stosy cegieł. Jeszcze dalej widzimy plantacje tytoniu. Niesamowite w jaki sposób Turcy wykorzystują i przerabiają wszystko co daje im ziemia. W piekielnych warunkach wykonują ciężką pracę. Droga, którą podążamy na zachód przebiega przez centra mijanych przez nas miast.
Ładnych, nowoczesnych. Nowe osiedla, ciekawa architektura. Miasta nie mają starych budynków, starej infrastruktury i skupione są przy drodze. Przejechaliśmy już 200 km, nie minęliśmy żadnego miejsca postoju. Nic tylko słońce, wzgórza i gdzieś w oddali maleńkie, składające się z kilku chałup wioski, stada kóz.
Zbliżamy się do dużego miasta Diyarbakır. Trzymamy się głównej drogi. Przy takim ruchu jaki tu panuje o zjeździe nie ma mowy.
Nowoczesne budownictwo jest tutaj bardzo rozwinięte. Każde wzniesienie w pobliżu większego miasta zabudowano osiedlami domków jednorodzinnych, wszystkie są jednakowe. Sporo marketów, galerii, eleganckich sklepów. Są też restauracje i kebaby, ale nie ma parkingów! Zrezygnowani i głodni wyjeżdżamy z miasta. Nagle widzimy przed nami wielką reklamę restauracji.
Zjeżdżamy błyskawicznie na parking. Retauracja jest przestronna i chłodna. Zostajemy profesjonalnie obsłużeni. Wielkie szaszłyki, sałatka z pomidorków, sosy i tureckie placki gozleme no i czaj. Placki pochłaniamy natychmiast z sałatką za nim przyniesli nam szaszłyki. Obsługa jest tak uprzejma że aż nam głupio. Donosili placki, czaj, wodę do mycia rąk. Z żalem opuszczamy to przyjazne i chłodne miejsce.
Kolejne 200 km to niezwykła zmiana krajobrazu. Jedziemy płaskowyżem obsypanem wulkanicznymi kamieniami. Większymi, mniejszymi. Kilometry kamieni, ostrych, niedostępnych. W mijanych wioskach żyją ludzie.
Zbierają te kamienie i usypują dookoła poletek. Przed nami most na rzece Eufrat. To jedyna okazja żeby zjechać nad rzekę i przenocować. Szukamy zjazdu.
Jedziemy w dół do wioski Ergen. Wioska niewielka, położona na wysokim zboczu rzeki, maleńkie ogródki przy domach, bliżej wody pola z pomidorami.
Zjeżdżamy na sam brzeg Eufratu. Od razu wskakuję do wody, jest czysta, ciepła, cudowna. Robię pranie.
Wokół brązowe góry, porośnięte małymi drzewkami i krzakami. Rośliny pustynne, kolczaste i sztywne. Podeszli do nas wędkarze. Bardzo towarzyscy jak się okazało. Jeden od razu nawiązał rozmowę trochę na migi trochę przez tłumaczy w komórkach. Zaprosił nas do wioski na kolację. Podziękowaliśmy nie chcemy oddalć się od tego bajecznego miejsca.
Zostaliśmy zupełnie sami nad brzegiemi potężnej rzeki. Gdzieś blisko granicy z Syrią. Dzisiejsza droga była jak podróż po nieznanej nam planecie. Przez 400 km buchanka sunęła szeroką wstęgą drogi przez pustkowia, góry, płaskowyże, kamienne pustynie, stepy z suchą kolczasta roslinnością. Teren jak dla nas zupełnie nie do zamieszkania. Jednak żyją tutaj ludzie, podobno Kurdowie w większości. Nadeszła noc, a z nią wycie kojotów. Jutro zdobywamy Nemrut.