10.09.Środa – wschód słońca nad Jeziorem Parawani.

Obudziły nas owce. Całe stado becząc niemiłosiernie przebiegło obok buchanki

Pierwsze co robię to ogarniam wczorajsze rybki. Przetrwały całą noc na dachu buchanki Muszę zejść do wody po obsuwających się kamieniach i je umyć. Rybki są bez łusek, poszło szybko, ale mewy zwietrzyły śniadanie i krążyły z wrzaskiem nad naszymi głowami. Nadciągnęła burza. Nici ze smażenia, rybki lądują w lodówce.

Dalej jedziemy w kierunku skalnego miasta Vardzia. Przejeżdżamy dzikie pustkowia regionu Dżawachetia w południowej Gruzji. Mijamy góry rozpościerające się w surowym, wulkanicznym krajobrazie.

Mijamy ubogie wioski bardziej armeńskie niż gruzińskie. Klimat jest tutaj surowy brakuje drzew, jest sucho i zimno. Na podwórkach suszą się poukładane kopczyki z krowim łajnem. Będą służyły jako opał. Zbliżamy się Akhalkalaki.

Szeroką ulicą wjeżdżamy do miasta na wskroś ruskiego. Budynki i napisy na nich są ruskie. Za czasów ZSRR rozlokowana tu była 147 Dywizja Zmechanizowana. Wyposażona w najlepszy sprzęt bojowy w całym Zakaukaskim Okręgu Wojskowym. Po upadku ZSRR dywizja została przekształcona w rosyjską 62 Bazę Wojskową. Ostatni Rosjanie opuścili bazę w 2007. Kiedy zaparkowaliśmy na stacji benzynowej i od obsługi dowiedzieliśmy się o festynie w parku zaczęliśmy szukać centrum miasta i parku.

Jedynie główna ulica jest szeroka te boczne są już wąskie. Przy nich stoją niskie domki. Do miasta zjechali wszyscy z okolicy. Zaparkowaliśmy trochę z boku od centrum wydarzeń i poszliśmy na festyn. Dopiero się rozkręcali i niczym to się nie różniło od festynów w naszych miasteczkach. Chcieliśmy zrobić jakieś zakupy, ale sklepów przypominających markety nie zauważyliśmy. W końcu ztrzymalismy się przy małym sklepiku. Cały towar leżał na ziemi. Kupiłam jakiś chleb i wodę. Mamy paln dojechania nad jezioro Tabackuri i chwilę postoju, zebrania siły przed wyjazdem z Gruzji. Przed samym skrętem na właściwą drogę do jeziora zatrzymujemy się przed wypasionym supermarketem. Jest w nim wszystko czego człowiek potrzebuje. Robimy wypasione zakupy i skręcamy w kierunku maleńkich wiosek.

Bardzo ubogich. Trudno nam sobie wyobrazić jak ci ludzie tutaj żyją. W górach bez lasów, opału, bez jakiejkolwiek infrastruktury nie ma nawet tych paskudnych żółtych rur z ruskim gazem. Wspinamy się na 2000 m n.p.m., nad spore jezioro i do wsi o tej samej nazwie.

Droga jest asfaltowa i bez problemu dojeżdżamy do błękitneg Jeziora Tabackuri najwyżej położonego jeziora w Gruzji. Otoczone jest rezerwatem Ktsia-Tabatskuri, który chroni alpejską roślinność i siedliska wodnego ptactwa. Dziewicza przyroda, cypel z kamiennymi domami i łagodne góry, nieomal rozpływające się w jeziorze, tworzą iście bajkowy widok. Surowy, lecz piękny. Tego nam potrzeba! Przejeżdżamy przez wioskę asfalt już się skończył. Kamienne stare domy pokryte są zardzewiałą blachą, Jedziemy dalej wzdłuż brzegu jeziora.

Dojeżdżamy do zagajnika sosnowego. Stoi tu domek letniskowy. Zjeżdżamy na miejsce biwakowe. Najpierw kąpiel w lodowatym jeziorze, ale świeci słońce jest ok. Później smażenie rybek z poprzedniego jeziora.

Wykąpani zjadamy rybki i cieszymy sie ciszą. Tutaj zostajemy na noc. Jest tak pięknie, spokojnie i czysto. Do czasu. Wieczorem podjechał do nas strażnik wziął 10 zł i oświadczył że przyjedzie rano ze swoim winem i skarpetami z sierści. Za chwilę przyjechał camper-bus z Polski. Zaparkował niedaleko. Na dzisiaj dosyć wrażeń idziemy spać.

11.09. Czwartek – wschód słońca nad Jeziorem Tabackuri.

Chłodny poranek gdzieś na pustkowiu Dżawachetii. Poranna kawa, srebrzyste fale na jeziorze i rodzina malutkich perkozików łowiących śniadanie. Do naszego obozowiska przyszedł sąsiad z busa. Okazało sie że jest z Bydgoszczy i mamy wspólnych znajomych. Podróżuje ze swoja dziewczyną. Wymieniliśmy się ciekawostkami z wypraw. Bardzo sympatyczne spotkanie. Przyjechał strażnik. Trochę skruszony bo wczoraj wieczorem nie wykazał sie profesjonalizmem. Oddał nam 10 zł, spisał dane z paszportów i pobrał opłatę 10 GEL. Nie zapomniał o winie 1,5 l butla wyladowała w buchance. Skarpety z sierści czyli owczej wełny też przywiózł. Podobno żona dzierga dla turystów. My zrezygnowaliśmy, ale GS podszedł z nim jako tłumacz z rosyjskiego na polski do białego busika. Załatwili paszporty i skarpety. Strażnik był Ormianinem, cała wioska położona na cyplu i te, które mijaliśmy po drodze są ormiańskie. Rozgadał się na dobre bo całkiem nieźle się porozumiewaliśmy. Młodzi z wioski jeżdżą do pracy do Rosji. Nieźle zarabiają. Sprowadzają japońskie auta. Nasz Ormianin twierdził, że nieźle im się żyje w tej wiosce chociaż według nas jest tam bardzo ubogo.

Sąsiedzi z białego busika pięknie wpisali nam się do dziennika pokładowego. Rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę. My tą sama drogą w dół, w kierunku Akhalkalaki. Mijamy wioski, pola uprawne. Ludzie ciężko tutaj pracują, przeważnie ręcznie wykonują wszystkie prace polowe.

Sprzęt rolniczy to gdzie niegdzie radziecki stary ciagnik jakaś zardzewiała przyczepa. Woda leje wprost na drogę z rur, podwórka zabłocone. A wokół taki bajeczny krajobraz, wygasłe wulkany, jeziora, alpejskie łąki z kolorowymi kwiatami.

Zatrzymaliśmy się przy starej kamienne kapliczce. Usytuowana jest na niewielkim wzniesieniu

przypominała bardziej jaskinię z niewielkim niskim wejściem.

W środku ściany były czarne, okopcone od palących sie wotywnych świec.

Sadząc po ilości obrazków i świec miejsce to jest często odwiedzane. Kiedy schodziliśmy do buchanki zatrzymał się przy nas samochód. Pewnie do tej kapliczki.

Omijamy Akhalkalaki i jedziemy głębokim wąwozem wzdłuż rzeki Kura.

Przed samym skalnym miastem Wardzia zjechaliśmy do śliwkowego sadu nad brzg rzeki.

Tutaj zostaniemy na noc. Mamy wspaniały widok na góry Kaukazu z osuwającymi się po zboczach kamieniami, pastwiskami, owczarniami. Ruch na drodze powyżej sadu jest niewielki.

Obok nas płynie szybko szeroka, kamienista rzeka Kura. W nocy podjechał rowerzysta, ale zrezygnował z noclegu. Pewnie widząc buchanke myślał, że to miejscowi.

12.09. Piątek – wschód słońca nad rzeką Kura. Szybka kąpiel w zimnej wodzie, gorąca kawa i możemy jechać do największej atrakcji Gruzji skalnego miasta Wardzia.

Po przejechaniu 2 km stajemy na parkingu obok innych busów i autokarów. Po drugie stronie rzeki na zboczu góry Eruszeti położona jest Wardzia. Wygląda jak mrowisko albo kopiec termitów w przekroju z podręcznika do biologii. Całe miasto – korytarze i pomieszczenia zostały wydrążone wewnątrz góry. Budowę miasta rozpoczęto w 1184 roku, a ukończono w 1213 roku za czasów legendarnej królowej Tamar, najwybitniejszej władczyni na Kaukazie,

Miasto było niewidoczne z zewnątrz i dawało schronienie nawet 60 tysiącom ludzi jednocześnie. Wśród labiryntu znajduje się ponad 3000 sal na 13 piętrach, funkcjonowały tu szkoła, szpital, spichlerze i winiarnie, znajdowały się tu także sale mieszkalne, stajnie i oczywiście klasztor oraz sala tronowa. Trzęsienie ziemi w 1283 roku spowodowało osunięcie się naruszonej warstwy skał, jakby ktoś odkroił wielkie plastry, i ujawniło istnienie miasta.

Kupujemy bilety i rozpoczynamy zwiedzanie, wiadomo tylko niewielkiej części tego kolosa. Turystów przybywa z każdą godziną.

Wchodzimy po schodkch, zaglądamy do kolejnych sal, potem na wyższe piętro, gdzie zachowały się freski.

Znajduje się tutaj cerkiew Wniebowstąpienia Matki Boskiej, w której namalowano postacie fundatorów Wardzi – króla Jerzego III i jego córki Tamar. Następnie zapuszczamy się do długiego tunelu, który prowadzi nas jakieś dwa piętra do góry.

Przeciskamy się przez wąskie korytarze w towarzystwie hałaśliwej wycieczki z Japoni.

I już jesteśmy po drugiej stronie, skąd schodzi się tunelem do wyjścia przy rzece. W sumie niewiele tych atrakcji, ale sam fakt że w średniowieczu wydrążono w skale ogromne samowystarczalne miasto, działa na wyobraźnię. Schodzimy na parking. Jeszcze około 100 km i przekroczymy granicę z Turcją. Wybieramy bardziej offrodową drogę przez Płaskowyż Dżawachecki. Gruzini określają Dżawachetię mianem “gruzińska Syberia”. Taką ocenę zawdzięcza surowym zimom, kiedy to temperatura potrafi spaść grubo poniżej -20C. Za siarczyste mrozy odpowiada dość suchy, kontynentalny klimat i znaczne wyniesienie nad poziom morza.

Na początku mamy do pokonania odcinek szutrowej drogi prowadzącej ostrymi zakrętami na wysokość 1845 m.n.p.m. Jesteśmy na płaskowyżu w miejscowości Apnia. Przed nami kilka rozrzuconych po płaskim terenie gospodarstw,

i wielki zardzewiały silos na cement

Niesamowity widok na Wardzie, dolinę rzeki Kura, wierzchołki i zbocza gór Kaukazu. To już ostatnie uchwycone i zapamiętane przez nas obrazy Gór Kaukazu. Właściwie pożegnanie z ich szczytami, lodowcami, dolinami, rzekami, przełęczmi, bezdrożami.

Czas jechać dalej. Mijamy kilka ormiańskich wiosek typowych maleńkich gospodarstw pokrytych eternitem.

Życie w tych warunkach jest nie lada wyzwaniem. Jak okiem sięgnąć kolorowe pastwiska, pasące sie krowy. Jedziemy polną drogą, na której niespodziewanie natknęliśmy się na wywrotkę z tłuczniem.

Droga na sporym odcinku jet rozkopana. Dogadujemy się z kierowcą , że przejedziemy jakoś bokiem.

Biedny człowiek odrzucał przed nami co większe kamienie i to z uśmiechem na ustach. Mijamy niewielki lasek sosnowy, żadnych wiosek, ludzi.

Polna droga przez równinę, pustkowie. Wyjechaliśmy na kawałek asfaltu. Zbliżamy się do granicy z Turcją.

Jeszcze dwie wioski, praktycznie opuszczone. Domy są ruinami.

Asfalt się kończy droga pełna kurzu nic nie widać tylko biały pył i tak dojeżdżamy do ogromnego słonego Jeziora Kartsakhi, położonego na wysokości 1 799 metrów nad poziomem morza. Jezioro, dzieli się na dwie wyraźne części. Gruzińska strona, znana również jako Khozaphini, łączy się z jej tureckim odpowiednikiem, znanym jako Agdashi, czyli ‘białe kamienie.

Zatrzymujemy się na przejściu granicznym. Ja już się przygotowałam do opuszczenia buchanki. Mam plecak, kasę, paszport. Idę przez granicę na piechotę. GS przejeżdża buchanką. Na przejściu jest mało aut osobowych, więcej tirów. Spotykamy trzy auta z turystami z Polski . Bez problemowo przechdzę dwie granice. Buchance zajęło to trochę więcej czasu, ale też bez stresu.

Jesteśmy w Turcji.

Galeria

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.