8.09.Poniedziałek. Wjeżdżamy do Tbilisi stolicy Gruzji położonej w dolinie rzeki Kura,
po obu stronach gór Małego Kaukazu

Nie byliśmy przygotowani na to miasto. W podróży unikamy dużych miast. Wybieramy boczne drogi, małe miasteczka, wioski.

Jest popołudnie jeździmy w tą i z powrotem wzdłuż rzeki od godziny. Nigdzie nie ma możliwości zaparkowania. Na starym mieście z trudem przeciskamy się przez zatłoczone uliczki.

Wielkie szare blokowiska z czasów komuny piętrzą się na wzgórzach po obu stronach rzeki. Trochę nowoczesnej infrastruktury zauważyliśmy w centrum.

Monumentalne zabytki okupują spore place. Na parking podziemny przy kolejce linowej nie mamy szans, nie wjedziemy tam buchanką.

Mocno już zrezygnowani zdecydowaliśmy się na wjazd na Górę Mtatsminda
górę, która się wznosi 730 metrów nad Tbilisi i stanowi najwyższy punkt stolicy. Na jej szczycie znajduje się wieża telewizyjna. Może chociaż tam uda nam się na chwilę zaparkować.

Nasza nawigacja zwariowała i poprowadziła nas stromą brukowaną i bardzo wąską dróżką. Taki skrót 🙂

Przy parku były wolne miejsca. Odetchnęliśmy z ulgą.

Idziemy zobaczyć panoramę Tbilisi.

Przechodzimy przez park i wesołe miasteczko.

Obecna wieża ma 277,5 m wysokości i można ją zobaczyć z niemal całego miasta.

Działa nowoczesna gondola, która szybko przenosi turystów z dołu do góry i z powrotem.

Podziwiamy panoramę miasta. Noc zbliża się szybko i musimy gdzieś się ulokować. Na wzgórzu za dużo ludzi, kamer nie da rady. Zjeżdżamy na dół mijając place budów z nowoczesnymi hotelami.

Na nocleg wybraliśmy Tbiliskie Morze. Dojazd do niego przez zakorkowaną ulicę nie należał do najprzyjemniejszych.

Dojechaliśmy do pokomunistycznych wielkich hoteli. Chociaż ich stan techniczny i brak okien nie dawał szansy na jakikolwiek lokal mieszkali tutaj ludzie. Nie zdecydowaliśmy się na nocleg w ich pobliżu.

Zjechaliśmy kawałek dalej, błotnistą drogą nad jezioro. Noc się zrobiła. Brzeg jeziora rozświetliły lampy. W opuszczonym hotelu o dziwo też się świeciło. Na brzegu ktoś łowił ryby, ktoś pędził krowy, stały konie.

Robimy kolację i obserwujemy przelatujące nad jeziorem samoloty na lotnisko do Tbilisi. Na wzgórzu na drugim brzegu stoi podświetlony pomnik „Kroniki Gruzji”,

9.09. Wtorek – wschód słońca na Morzem Tbiliskim. Dzień zapowiada się na słneczny.

Poranna kawa, uzupełnianie dziennika pokładowego, pakowanie. Chwilę jeszcze podziwiamy srebrzyste wody dużego zbiornika, który stanowi rezerwuar wody dla miasta. Położony na wysokości 535 m n.p.m., ma długość 9 km, szerokość 1,8 km

Dzisiaj planujemy zobaczyć pomnik Kroniki Gruzji, ponownie przebić się przez Tbilisi na poradzieckie osiedle Nutsubidze i wyjechac na żółtą drogę do Achalkalaki. No to jedziemy. Wczoraj jednak popadało i musieliśmy pokonać błotnistą drogę za nim wyjechaliśmy na asfalt.

Zaparkowaliśmy na dzikim parkingu na wzgórzu. Idziemy do pomnika „Kroniki Gruzji”, którego autorem jest Zurab Tsereteli, słynny gruziński rzeźbiarz-monumentalista.

Prowadzą do niego wysokie schody,

Na ich szczycie stoi 16 betonowych kolumn, niektóre są połączone górnym zwieńczeniem. Górną część każdej prostokątnej kolumny zdobią płaskorzeźby królów Gruzji i jej bohaterów, zaś dolną, która jest też jakby bazą każdej kolumny, płaskorzeźby scen z życia Jezusa Chrystusa, ważnych świąt i uroczystości religijnych.

Gruzini nazywają ten monument „tbiliskim Stonehenge”. Pomnik zbudowany w latach 80. XX wieku, nie został jednak dokończony.

Jest tak wielki i przytłaczający, że trudno go ogarnąć. W tłumie turystów wędrujemy między kolumnami. Z każdej strony roztacza sie widok na Tbilisi. Oszołomieni lekko wielkością monumentu schodzimy po wielkich schodach do buchanki.

Teraz droga powrotna do centrum Tbilisi. Powtórka z wczorajszej jazdy w korkach. Nigdzie nie udaje się nam zaparkować.

Wjeżdżamy na osiedle Nutsubidze. Typowe poradzieckie blokowisko. Część bloków jest remontowana, część pozostała i straszy.

Nie znaleźliśmy słynnych 3 wieżowców, które połączono na wysokości 14. piętra podniebną kładką. Jesteśmy rozczarowani, nie tylko tymi wieżowcami, ale też stolicą Gruzji. Chaos po całości. Z Tbilisi wyjeżdżamy na drogę asfaltową prowadzącą przez malownicze góry Kaukazu, ale już bez ich spektakularnych szczytów.

W miejscowości Manglisi zjechaliśmy z drogi do Parku Narodowego. Niestety nie udało nam się na miejscu zdobyc żadnej informacji. Punkt informacyjny zamknięty, wszyscy mieszkańcy ubrani na czarno zebrali sie na cmentarzu. Wycofaliśmy się na drogę. Za to kolejna atrakcja powaliła nas na łopatki.

W miejscowości Tsalka zjechaliśmy do Wąwozu Dashbashi.

Od razu zauważyliśmy prace budowlane przy wąwozie i brak dostepu do jego brzegów.

Dalej przejechaliśmy obok gigantycznego wesołego miasteczka. Udało nam się jeszcze załapać na darmowy parking przy wąwozie, w sosnowym lasku przy wielkiej betonowej wiacie.

Główna atrakcja to rozciągający się na 240 metrów i zawieszony 280 metrów nad dnem wąwozu, Diamentowy Most Ale to nie jest zwykły most.

W jego centrum znajduje się wielopoziomowy bar w kształcie diamentu, który zwisa nad wąwozem.

Wokół zbudowano całe zaplecze turystyczne: hotele, bary, park rozrywki. Muza z głośników leciała na full, mnóstwo ludzi z walizkami na kółkach zmierzało do hoteli. Cały ten wesoły, huczny kombinat usytuowany został w rezerwacie przyrody Tsalka, za jedyne 37 mln Euro. Uciekamy czym prędzej nad Jezioro Parawani. Chcemy nocować nad tym największym jeziorem w Gruzji.

Wyjeżdżamy w deszczu z miejscowości Tsalka i zaczynamy długi wjazd na Płaskowyż Dżawachecki.

Nic nie widzimy bo wszystko zanurzone jest w białych chmurach. Jezioro położone jest na wysokości 2073 n.p.m. Biel wokół. Dobrze, że droga jest szeroka..

Płaskowyż Dżawachecki to wulkaniczne, płaskie i bezleśne tereny w południowej Gruzji, przy granicy z Turcją i Armenią, porośnięte trawą stepu alpejskiego. Region ten charakteryzuje się licznymi mokradłami, jeziorami i terenami wygasłych wulkanów.

Nad jeziorem porywisty wiatr trochę rozgonił chmury.

Przed nami kryjące się we mgle szare wody ogromnej tafli jeziora, spienione przez wiatr fale udeżają o brzeg. Wokół pustkowie.

Za nami pozostały maleńkie wioski z byle jakimi budynkami. Przy każdym kopce z suszonym krowim łajnem. Zbliża się wieczór.

Parkujemy przy brzegu, wiatr hula. Nie ma mowy o biwaku na dworze. Obiad robimy w buchance. Makaron, sos łabuński, ser gruziński. Mamy butelkę koniaku na deser. Nagle podjeżdża do nas biały bus. Kierowca chce nam sprzedać świeże rybki. Nie da się odpędzić. Za parę groszy kupujemy reklamówkę pełną rybek.

Rano czeka mnie praca, ale teraz jest cieplutko i mamy ten koniak za oknami buchanki szaleje wiatr.

Galeria

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.