7.09. Niedziela. Późnym popołudniem przejeżdżamy przez Dedoplistskaro. Park Narodowy Waszlowani to jak na razie nasza największa przygoda tej podróży. Nigdy nie byliśmy na pustyni i to co widzielismy w Waszlowni przeszło wszelkie nasze oczekiwania.
Kierujemy się na południe Gruzji do wioski Udabno. Wioska była jednym z eksperymentów społecznych w czasach ZSSR i została założona z przymusowo przesiedlonych Swanów. Do nowej osady doprowadzono wodę, Swanowie mogli tu uprawiać arbuzy i hodować zwierzęta. Gdy tylko nadeszła polityczna odwilż, wielu uciekło z wioski na ojczyste ziemie. Co ciekawe, w latach 1973 i 1987 do Udabno przybyła kolejna fala Swanów – tym razem uchodźców klimatycznych, w porozumieniu z rządem radzieckim po tym, gdy potężna lawina zniszczyła ich domy w Chuberi, Mulakhi i innych wioskach w Swanetii.
Droga do Udabno jest bardzo panormiczna. Półpustynny klimat, urozmaicony licznymi wzgórzami. na których falują brązowe, żółte i pomarańczowe trawy. Wokół nic tylko te suche wzgórza zero ludzi, zero zwierząt. Jednym słowem totalne pustkowie. I tak przez wiele kilometrów.
Trafiliśmy na słone jeziorko. Woda wyparowała i została biała sól. Zatrzymaliśmy się na chwilę. Spotkaliśmy tutaj Rosjanina z Petersburga, był na urlopie z rodziną.
Wieczorem dotarliśmy do osady i do kultowego Oasis Club Udabno 🙂
To niezwykłe miejsce prowadzą Polacy z dwójką dzieci. Posowiecki koszmarny budynek zmienili na restaurację i hotel. Mają również kilka domków do wynajęcia. I przede wszystkim ładną łazienkę z normalna ubikacją.
Zatrzymują sie tutaj wszyscy Polacy podrużujący w pobliżu.
Zaparkowaliśmy przy płocie i z naszymi znajomymi poszliśmy do restauracji na kolację Zamówiliśmy szaszłyki i piwo. Jedzenie było bardzo dobre, atmosfera w knajpie jeszcze lepsza.
Niespodziewanie ze stepu nadeszła burza. Taka z piorunami i grzmotami. Ulewa zmieniła suche podwórko w błotnistą breję. Po burzy chowamy się w buchance. Dzisiaj jest pełnia. Zapalamy malutką świeczkę dla Chorsa.
8.09.Poniedziałek– wschód słońca w “wiosce duchów” Udabno.
Jeszcze po ciemku obok nas przeszły najpierw krowy, następnie konie i szczekające psy. Wstajemy. Trochę rozglądamy się po okolicy.
Broni się tylko przyroda jest zachwycająca. Za to sama miejscowość jest brzydka. Bez ładu i składu. Straszą częściowo rozebrane posowieckie betonowe budynki.
Podwórka zaniedbane, żadnych krzaczków, kwiatków. Rano zwierzęta gospodarskie wypędzane są na drogę i niech sobie same radzą. Dużo wałęsających się psów. Kotów nie widzieliśmy. Myjemy się w umywalce w ciepłej wodzie 🙂 Czekamy na gospodarzy. Mieszkają gdzie indziej i wcale im się nie dziwię.
Żegnmy się z Polką nawiązując krótką rozmowę. Opowiada nam jak trafiła do Gruzji i związała się z tym miejscem. Nie jest łatwo, sąsiedzi utrudniają im egzystencję.
Dostaliśmy wpis do dziennika pokładowego 🙂
W planach mamy zwiedzanie skalnego klasztoru Davida Garedża. Monastyr rozciąga się w półpustynnych górach Garedża, wzdłuż rzeki Argali, i zajmuje łączną przestrzeń około 20 km. Na wykuty w skałach kompleks składa się trzynaście klasztornych jaskiń i ich zespołów, leżących na terenie Gruzji i częściowo Azerbejdżanu.
Do klasztoru dojeżdżamy krętą asfaltową drogą. Mijamy turystów z Japonii. Wysiedli z autobusów i szli piechotą. Dziwne.
Lekko wspinamy sie pod górę do wykutego w skale unikalnego zabytku. Na nas zabytek ten nie wywarł aż takiego wrażenia. Obeszliśmy go dosyć szybko.
Monastyr jak monastyr.
Cerkiew, krużganki.
Placyk w środku i kilka wykutych jaskiń, które zamieszkują mnisi. Podobno więcej atrakcji jest po niedostępnej azerskiej stronie. Zeszliśmy na dół na parking.
GS pobiegł na punkt widokowy. Dosyć daleko miał. Ja pilnuję buchanki 🙂
Obserwuję panoramę kolorowych bajecznych góry. Zjeżdżają sie turyści. My planujemy dojechać dzisiaj do stolicy Gruzji, do Tbilisi. Tutaj rozstajemy się z załogą Patrola.
Zjeżdżamy z asfaltu na szutrową drogę przez pustynię.
Mijamy betonowe konstrukcje imitujące zabudowania, domy do ćwiczeń wojskowych. Pustkowie nawet ptaki nie latają. Gruzja wchodnia to kraina tak odmienna od tego co dotąd widzieliśmy, że trudno nam się tutaj odnależć. Niby jesteś sam na odludziu, ale zawsze ktoś cię obserwuje. Na horyzoncie wzdłuż granicy wieżyczki strażnicze są gęsto rozstawione. Pustynia, góry, kaniony – nie ważne zawsze w zasięgu czyjegoś wzroku.
Szutruwka doprowadziła nas do obiektu wojskowego, takiego współczesnego, nowoczesnego.
Objeżdżamy go wokół i wyjezdżamy na nowy asfalt. Mijamy opuszczone budynki, place, płoty.
Zatrzymujemy się przy pomniku Herkulesa walczącego z bykiem. Ten wielki pomnik pilnuje wjazdu do opuszczonego miasteczka z daleka widać, że to była jakaś radziecka baza wojskowa. Kierujemy tam buchakę.
Wjeżdżamy na teren mieszkalny.
Trochę jak nasze Borne Sulinowo. Budynki w stanie do rozbiórki gdzie niegdzie są zamieszkałe. Widać nawet jakieś kury na podwórku.
Na koniu obok nas przejechał pasterz kóz. Krajobraz nieziemski jak z horroru.
Wyszedł do nas właściciel stadka indyków. Sprawdzić w jakim celu kręcimy się po tym terenie. Był w Polsce, nawiązaliśmy krótką rozmowę.
Nie czuliśmy się w tym miejscu zbyt komfortowo. Labirynt dziurawych ulic, na wpół zamieszkałych bloków, ukradkowe spojrzenia z okien. Wyjeżdżamy na drugą stronę pola w kierunku gęsto pustawianych słupów.
Po horyzont widać dziesiątki słupów. Takie skupisko antan. GS sprawdził, że to jednostka S/N 61615 “Pabieda”.
Jeziemy drogą pośród tych anten w kierunku zabudowań przy których stoi ogromna okrągła antena. Oczywiście ignorujemy tablice z napisem teren wojskowy!
Robimy foty i spokojnie podjeżdżamy pod budynek. Z barmy wyszedł jakiś facet na szczęście nieumundurowany i chyba bez broni. Powiedział, że to teren wojska i musimy zawrócić. My oczywiście graliśmy totalnych ignorantów, turystów, którzy szukają drogi do stolicy.
Zawracamy do wielkiego byka.
Kierujemy sie do Rustavi. Za czasów sowieckich znajdował się tutaj duży zakład metalurgiczny, wokół którego wyrosło stutysięczne miasto.
Dzisiaj wjezdżamy do miasta dziurawą betonową drogą mijając pustostany, gruz, śmieci, zniszczoną infrastrukturę.
O dziwo w tych warunkach jak z apokalipsy mieszkają ludzie, ci którzy jeszcze nie wyjechali.
Na podwórkach blokowisk biegają kury, kaczki, gęsi. Ustawione są byle jakie budynki gospodarcze w byle jakich ogródkach. To wszystko tonie w zwałach śmieci.
Po rozpadzie ZSRR w 1991 r nadszedł kapitalizm, który spowodował ograniczenie produkcji, redukcję zatrudnienia i szaloną prywatyzację.
Po 30 latach wszystko wokół się sypie, cieżko Gruzinom wychodzi sie z tego marazmu.
Nadal, jak zaobserwowaliśmy, króluje sowiecka bylejakość, beznadziejność, niechlujstwo.
Jedziemy do Tbilisi szukać noclegu i zobaczyć jak Gruzini żyją w stolicy tego pięknego kraju. Do Tbilisi mamy zaledwie kilka kilometrów.